Żywcówka
Nazwa odnosi się do wykorzystania ryby jako żywej przynęty. Jednakże te same zestawy i sposoby z powodzeniem można stosować do łowienia drapieżników - ale także ryb takich jak kleń czy brzana - na ryby martwe. Do tego zresztą, dodajmy, sprowadza się łowienie na prawdziwego żywca. Tylko niezwykle żywotne karasie dłużej wytrzymują na haczyku. Inne rybki żywe pozostają dość krótko. Potem to już jest łowienie na martwą rybkę. Tyle że ona częstokroć też się porusza, na przykład w rytm falowania spławika. Właśnie żywcówka posługiwał się jeden ze znakomitych wędkarzy angielskich na swoich filmach instruktażowych nakręconych w czasie, kiedy już w tym kraju obowiązywał zakaz łowienia na żywe rybki. Rzecz jasna, zakładał rybki martwe. Kasety z tymi filmami były u nas popularne kilka lat temu. Rybkę, czy to żywą, czy martwą, można podawać różnymi metodami. W klasycznej cechą wyróżniającą jest solidność zestawu, który powinien być dostosowany do ciężaru przynęty. Także wielkość spławika od niej zależy. Musi być na tyle wyporny, by go nie zatapiała go ryba, ale na tyle czuły, żeby sygnalizować branie. Gdzie tylko możliwe, lepiej używać wędzisk długich, nawet 6-m. Umożliwiają łagodny wyrzut, bez uszkodzenia czy nawet zerwania delikatnej przynęty. Oprócz żywcówek spławikowych można także - w odniesieniu do ryb żerujących przy powierzchni, a więc przede wszystkim bolenia - stosować bezspławikowe, dbając jednakże o stały kontakt z przynętą. Dodatkiem bywa też tzw. kula wodna z przezroczystego tworzywa sztucznego, a więc mało widoczna. Jej wyporność reguluje się przez większe lub mniejsze napełnienie wodą. W wodach stojących i bardzo wolno płynących dogodną metodą łowienia jest przystawka. Bywa ona często - tak zresztą jak i spławikówka - łączona z paternosterem. W zbiornikach zaporowych stosowano niegdyś pływaki z długiego, przeszło półtorametrowego kija czy deseczki. Rybkę podwieszano albo do takiej bojki, albo do spławika, zamocowanego wówczas między nią a wędziskiem. Zestaw wywożono łódką. Z elegancją i nowoczesnością niewiele ma to wspólnego

