Zacięcie, holowanie
Odczytywanie brań i wybór właściwego momentu zacięcia to nadal jedna z najtrudniejszych umiejętności wędkarskich. W jej opanowaniu miały pomagać uproszczone formułki, jak to bierze ta czy inna ryba i w którym momencie zacinać. Z reguły miało to następować po całkowitym zatopieniu lub wyłożeniu spławika (tzw. brania pełne). Do tych reguł odnosilibyśmy się z ograniczonym zaufaniem. Istotnie, wiele gatunków ma swoisty sposób pobierania pokarmu. Ale liczą się jeszcze miejsce, pora, natężenie żerowania, rodzaj przynęty i sposób jej podania.
Zachowanie spławika zależy z kolei od jego kształtu i wyważenia, a także od charakteru zestawu. Inaczej reagowały dawne, na ogół ciężkie i nie doważone, inaczej sprawują się delikatne i dobrze wyważone. Na tych każde dotknięcie przynęty przez rybę ujawnia się w postaci przynajmniej drgnięcia antenki. Co wcale nie znaczy, że na każde trzeba zacinać. Zależy to głównie od charakteru przynęty. Przy cieście na przykład powinniśmy to robić natychmiast, przy dżdżownicy - w żadnym razie nie reagujemy na pierwszy ruch. Niemniej rzadko też czekamy na pełne branie, które zazwyczaj bywa już ostatnim dzwonkiem. Zdarza się, że dopiero po kilku próbach udaje się ustalić czas, jaki ma upłynąć od pierwszego sygnału do ruchu wędką. Nazywa się to zacinaniem na tempo: nie rozszyfrowujemy już zachowań spławika, tylko odliczamy, np. jeden, dwa, trzy -i w górę! Typową rybą, przy której ma to zastosowanie, jest leszcz. Bierze pewnie i praktycznie nie ma przy nim zacięć spóźnionych. Kilkusekundowe odczekanie jest zatem wręcz wskazane.
Zacinamy też przy każdym wyjmowaniu zestawu z wody. Staramy się natomiast nie reagować na sygnał brania fałszywy, pochodzący np. od trącenia przynęty o kamień denny. Na niezawodne jednak rozpoznanie czegoś takiego w każdym wypadku nie ma silnych. Samo zacięcie powinno mieć postać krótkiego, energicznego ruchu wędziskiem do góry. Teoretyczne rozważania o zacinaniu z prądem czy pod prąd, albo w stronę przeciwną do kierunku ucieczki ryby, potraktujmy raczej jako przyjemną lekturę do poduszki niż jako praktyczne wskazania. Zresztą, w wodzie bieżącej wypadkowa pionowego ruchu szczytówki i poziomego przesunięcia zestawu (z nurtem) i tak daje zacięcie nieco pod prąd. Całkiem niezamierzenie więc stosujemy się do jakiegoś kawałka teorii. Zalecane gdzieniegdzie zacinanie ruchem wędziska w dół, by szczytówka sprężyście odskoczyła w górę, mogłoby mieć zastosowanie tylko przy akcji miękkiej, jakiej zdecydowanie unikamy. Sztuki niewielkie wystarczy po prostu unieść nad powierzchnię. Nazywa się to holem powietrznym. Wielkość (czy raczej niewielkość) odnosimy, rzecz jasna, do wytrzymałości wędki. Dziesięciodekagramowa ryba na przyponie 0,04 (bywają i takie!) to już zdecydowanie za dużo jak na hol powietrzny, podczas gdy dwa razy większa na przyponie 0,10 - to w sam raz. Prowadzimy ją wprost do nastawionej dłoni. Chwytamy zawsze rybę, nigdy żyłkę!
Mimo to może się zdarzyć, że nim dłoń zamkniemy, puści ledwie zahaczona warga. Zanim rzucimy się w pogoń, przypominającą czasem polowanie na muchę, ona myk, myk - i po kilku podskokach na pochyłym brzegu znajdzie się w wodzie. Normalnie strata niewielka. Ale w czasie zawodów może przesądzić o miejscu. Toteż w ich toku częstokroć stosuje się pewniejsze naprowadzanie na pierś, do której dopiero przyciska się rybę dłonią. Lepiej wtedy mieć fartuch lub ubranie, którego nie szkoda ubrudzić śluzem. Można też naprowadzić zdobycz nad pojemnik na złowione ryby i gasić ręką od góry; nawet jeśli odhaczy się sama, wpadnie tam gdzie trzeba.
Bez względu na to, jaki ma być dalszy jej los (wpuszczamy z powrotem, zatrzymujemy) musimy chwytać ją delikatnie, mimo że pewnie. Trzeba to wyćwiczyć. Do wyjęcia haczyka ujmujemy rybę całą dłonią, tak by palec wskazujący i kciuk wypadły tuż za łukiem skrzelowym. Jeśli została zacięta poprawnie, za wargę, do wyhaczenia wystarczą palce. Jeśli haczyk utkwił głębiej, używamy wypychacza.
Próba natychmiastowego wyciągnięcia sztuki większej (jak wyżej: w stosunku do wędki) z reguły kończy się jej zerwaniem. Musimy więc przeprowadzić walkę w wodzie. Pierwsza rzecz, to postarać się odprowadzić rybę z pola łowienia, by nie płoszyła pozostałych. Wybieramy kierunek najkorzystniejszy dla siebie. W obecności przeszkód przybrzeżnych (krzewy, konary) dążymy do zmęczenia jej w oddaleniu. W nurcie można próbować podciągnąć ją pod prąd, by nabrać wysokości.
Wędkę stale utrzymujemy w naprężeniu. Jednocześnie trzeba pilnować kąta między wędziskiem a żyłką. Zdolność amortyzacyjna szczytówki jest największa, gdy pozostaje on zbliżony do prostego (względem nie wygiętej części wędziska). Tu po raz kolejny czerpiemy korzyści z amortyzatora gumowego. Siłą rzeczy bowiem przy sprowadzaniu zdobyczy w pobliże brzegu kąt ten maleje. Łagodzące działanie wędziska zostaje więc w dużej mierze wyłączone. Guma pracuje nadal. Podobnie, gdy dojdzie do wyprostowania wędki, czyli ułożenia się żyłki i wędziska w jednej linii. W układzie zwykłym kończy się to zazwyczaj zerwaniem, bo wędzisko nie amortyzuje już wcale. Z gumą - wszystko jeszcze przed nami, choć lepiej do czegoś takiego nie dopuszczać.
A sposoby na to są. Nawet przy dużej rybie nie jesteśmy przecież całkiem skazani na jej kaprysy i ucieczki. Jest bądź co bądź zaczepiona z przodu, podczas gdy główny jej zespół napędowy - trzon ogonowy - znajduje się z tyłu. Nieznaczne pociągnięcie żyłką w bok sprawia, że uciekinier chcąc nie chcąc skręca.
Nie śpieszmy się z podciąganiem zdobyczy w górę. Wiara w skuteczność wystawienia pyszczka nad powierzchnię {dania powietrza) może kosztować jej utratę nawet w wypadku nielicznych gatunków na to rzeczywiście podatnych (płoć, leszcz). Niech się zmęczy w pół wody. Kiedy już zaś zdecydujemy się wprowadzić ją do podbieraka, to za jednym zamachem. Nie należy też walki przeciągać ponad potrzebę, by się - na przykład -jak najdłużej nią cieszyć. Ze względów tak etycznych (długo męczona ryba ma mniejsze szanse przeżycia), jak i praktycznych. Im bowiem dłuższe holowanie, tym większa szansa na zejście ryby z haczyka, choćby z powodu przecięcia wargi.
Zamiast wprowadzać do podbieraka, można rybę wyciągnąć z rozpędu na brzeg. O ile, oczywiście, się on do tego nadaje. Nazywa się to lądowaniem wyślizgiem. Chwytanie jej rękaw wodzie jest bodaj najbardziej sportową formą zakończenia walki. Wymaga znajomości chwytów oraz zręczności i opanowania. Najlepiej wychodzi, jeśli łowi się stojąc w wodzie. W czasie zawodów regulamin tego nie dopuszcza.
Przy łowieniu z zestawem skróconym pierwszy etap holowania jest utrudniony przez konieczność odłożenia zbędnej części wędziska. Jeśli jest ona dłuższa niż 2 m, bardzo się przy tym przydaje podpórka rolkowa, umieszczona za łowiącym. Kiedy już w zasięgu ręki znajdzie się to właściwe złącze, ujmuje się sąsiadujące segmenty tuż przy nim i z lekkim obrotem rozciąga. Częścią górną można teraz manewrować bez przeszkód. Zdarza się jednak, że trzeba wędzisko przedłużyć ponownie, np. żeby nie dopuścić ryby do przeszkód przybrzeżnych. Dlatego odłączona część dolna powinna pozostać w zasięgu ręki, oparta o rolki lub kolana.

