Z plaży
Łowienie z plaży jest w wielu krajach rozpowszechnione pod angielską nazwą surf casting (zarzucanie przybrzeżne, czyt. serfkasting). Na naszym wybrzeżu łowi się w ten sposób głównie ryby słodkowodne: leszcze (okazy 4-5-kg to bynajmniej nie wydarzenie; wymiar ochronny - 40 cm), płocie, okonie (wymiar ochronny 17 cm), sandacze morskie. Im bliżej ujść rzek, tym ich więcej. Noc jest doskonałą porą na łowienie węgorzy; dobrą sławą cieszą się pod tym względem okolice Śliwina na Wybrzeżu Zachodnim.
Wymiary ochronne obowiązujące w morzu, jak widać po przytoczonych dla leszcza i okonia, różnią się od ustanowionych dla wód śródlądowych.
Równie dobrze może się trafić któraś z płastug, jak turbot, skarp czy stornia. Ta ostatnia, niestety, rzadko dorasta do wymiarów większych niż 20 cm; a tyle właśnie wynosi jej wymiar ochronny. Można też złowić dorsza i wszelką inną rybę morską.
Okresy ochronne są ruchome. Ustala je właściwy Urząd Morski (Gdański lub Szczeciński), na podstawie ustaleń odpowiedniego inspektora. Zakaz, oznaczający koniec połowów, może być wydany niemal w każdej chwili. Trzeba jednak mieć na uwadze, że okres ochronny, obowiązujący rybaków, nie oznacza zakazu łowienia sportowego, przez wędkarzy.
Łowienie z plaży wymaga wykonywania rzutów bardzo dalekich, 120-200-m. Trzeba bowiem przynętą sięgnąć aż za tzw. drugą rynnę. Choćby z doświadczeń kąpielowych wiadomo, że dno morskie opada łagodnie tylko do odległości kilkudziesięciu metrów od brzegu. Potem się ponownie unosi. Dopiero za tym wy-płyceniem znajduje się kolejny rów - właśnie owa druga rynna - w którym gromadzą się ryby. Oczywiście, niejednakowo na całej połaci. Szczególnie ich dużo w miejscach, w których dno zalegają kamienie, pokłady racicznicy, gdzie leżą jakieś zatopione wraki czy sterczą pozostałości mola.
Wygórzenie oddzielające rowy bywa przecięte rynną poprzeczną. To miejsce jest szczególnie obiecujące. Tamtędy bowiem przewala się główna masa niesionego falą pożywienia i tam ryby czatują na nie najchętniej.
Umieścić zestaw w takiej odległości można na różne sposoby. Wędkarze rozporządzający tylko zwykłym sprzętem radzą sobie w ten sposób, że wchodzą do wody j ak daleko się da, stamtąd wędkę zarzucają i wracają na brzeg, wysnuwaj ąc swobodnie żyłkę z kołowrotka. Na plaży kabłąk zatrzaskują i osadzają wędzisko w podpórce czy - co wypada stanowczo odradzić - wprost w piasku. Z oczywistych względów ten sposób niezbyt się nadaje na chłodniejsze pory roku. W takich zaś możemy na ogół oczekiwać lepszych wyników. To samo się odnosi do także praktykowanego wywożenia zestawu na materacu dmuchanym. Nieco większe możliwości daje pod tym względem łódka.
Wszystkie te metody mają jednak podstawową wadę: każde zarzucenie zestawu to strata cennego czasu. Nieco racjonalniej to się przedstawia, jeśli się wywozi dwa zestawy za jednym kursem; na tyle wolno łowić. Nadal jednak pozostaje żmudność całej operacji oraz dość długi czas, kiedy wędki sienie kontroluje. Dlatego należałoby zalecić jej zarzucanie z brzegu, czyli rzeczywisty surf casting.
Przy wymaganych odległościach rzutu wymaga on przede wszystkim odpowiednio mocnego sprzętu.
Wędzisko długości 6-7 m, o ciężarze wyrzutowym 250-300 g. Aby z jego użyciem zestaw zarzucić płynnie, trzeba zastosować szczególną techniką, o której niżej. W przeciwnym razie grozi, że wyleci jak wystrzelony z katapulty (duże ramię działania siły plus znaczne ugięcie sprężyste). Dlatego niektórzy praktycy zalecają wędziska długości 3,9-4,2 m. Przy jeszcze krótszym nie można by było w pełni wykorzystać dopuszczalnej liczby przyponów.
Kołowrotek powinien być bardzo mocny. Najlepiej zaopatrzyć się w tzw. ca-stingowy, czyli rzutowy, ze specjalnie wzmacnianą osią szpuli; siła rzutu jest przecież ogromna. Choć dostępny raczej na zamówienie, warto się na niego zdobyć. Zwłaszcza że ma dodatkowe zalety, jak zabezpieczenie przed dostaniem się piasku w mechanizm. W zwykłych kołowrotkach często wygina się oś szpuli. Łatwo też ulegają zapiaszczeniu.
Jeszcze lepszy byłby multiplikator, z zasady przystosowany do pracy w wodzie morskiej. Rzuty z plaży na rekordowe odległości (ponad 280 m) osiągnięto właśnie z jego użyciem. Wymaga jednak specjalnych umiejętności. Wyrzucania przynęt z jego wykorzystaniem trzeba się nauczyć. Na początku nieuniknione są straty. Lepiej więc do czasu opanowania tej umiejętności używać tańszej żyłki, a nie np. plecionki. Ponadto samo urządzenie jest dość drogie - obecne ceny są rzędu 500-600 zł. Multiplikatory tańsze, kosztujące 300^100 zł, należałoby odradzić; na te trudne warunki łowienia są zbyt mało wytrzymałe.
Żyłka główna wystarcza, jeśli będzie miała średnicę 0,30-0,35 mm. Grubszy musi natomiast być przypon: 0,55-0,60. On bowiem przejmuje główne obciążenia dynamiczne przy wyrzucie. Nazywa się go strzałowym. Długość powinien mieć dwa razy większą niż wędzisko, tak by przy zarzucaniu zestawu koniec przyponu był dwu-trzykrotnie nawinięty na szpulę kołowrotka. Aby jego odwija-nie przebiegało z jak najmniejszymi oporami, powinien być z żyłką główną połączony węzłem zderzakowym (baryłeczką).
Są też specjalne żyłki castingowe - koniczne, czyli stożkowe. Ich średnica na długości 200 m zmniejsza się płynnie od ponad 0,5 mm (grubość przyponu strzałowego) do 0,25 mm (koniec nawinięty na szpulę). Są też odmiany barwione: co 50-100 m mają inny kolor. Dzięki temu wiadomo, ile się jej wysnuło. Można więc regulować odległość rzutu.
Do przyponu strzałowego mocuje się krótkie przypony boczne (troki). W tym celu trzeba najpierw na nim zawiązać specyficzne węzły, a jego grubą, 0,50-mm żyłkę składamy w pętelkę (kółeczko), w miejscu złączenia dziesięć-piętnaście razy obracamy ją dokoła, przekładamy pętelkę i zaciskamy. Powstaje boczna pętla, do której już możemy normalnym węzłem przyponowym zamocować 15-20-mm troczki z żyłki 0,25-0,30; przypony do ryb morskich muszą być grubsze, nie mogą być tak delikatne jak przy łowieniu śródlądowym.
Jak napisaliśmy, na jednym zestawie można takich przyponów przymocować pięć. Przy krótszym wędzisku, a więc i krótszym przyponie, może się tyle nie zmieścić. Odległość między nimi bowiem musi być wystarczająco duża, by się nie splątały. Być może trzeba się będzie ograniczyć do dwóch czy trzech.
W sprzedaży pojawiły się też gotowe systemiki na dwóch, trzech lub czterech wysięgnikach, zablokowane specjalnymi węzełkami. Skorzystanie z nich uwalnia od konieczności wiązania troków samemu. Od niedawna zaczęto u nas łowić na to okonie, które zresztą z powodzeniem łowiono też na śledziówki.
Ciężarek, zamocowany na końcu przyponu, powinien być odpowiednio duży. Na ogół stosuje się 150-300-g. Najlepiej się sprawia gruszka metalowa z drucianymi wąsami, kotwiącymi obciążenie w dnie, a więc zapobiegającymi dryfowi. Trzeba mieć świadomość, że przy dużej fali i przyboju ciężarki 200 g szybko by się znalazły na brzegu, wyrzucone przez wodę. W niektórych konstrukcjach wąsy te są zamocowane przegubowo. W razie zaczepu wyłamują się na drugą stronę, co pozwala im się z niego uwolnić.
Haczyki, oczywiście ostre, muszą być grube. Cienkie bowiem przecinałyby przy wyrzucie przynętę. Nie wiedząc o tym, próbowalibyśmy skusić rybę na gołą stal. A w tym wypadku byłoby to całkowicie nieskuteczne.
Koniecznym uzupełnieniem wędki jest specjalna podpórka, umożliwiająca ustawienie wędziska pod kątem 45-60°. Ma postać trójnoga lub wbijanej w piasek pojedynczej podpórki ze specjalną stopką, stanowiącą metalowe zabezpieczenie przed wywracaniem się sprzętu.
Jako przynęty użyjemy żyjątek z dna (zwłaszcza skorupiaków). Równie skuteczne, a najłatwiejsze do uzyskania bywają czerwone robaki. Ryby morskie są bardziej drapieżne od słodkowodnych. Można je skusić także na filety z ryb, rybie wątróbki.
Nęcenie jest jak najbardziej wskazane. Oczywiście, nie ma mowy o rzucaniu kul, jak przy łowieniu śródlądowym. Także wystrzeliwanie porcji zanęty z procy jest bezużyteczne. Źródło zanęty musi się za każdym razem znaleźć w pobliżu zarzuconego zestawu. Najczęściej jest to odpowiednio mocny metalowy koszyczek z perforowanej blachy. Umieszczamy w nim trochę zanęty tradycyjnej i wgniecione krewetki lub raczki.
Technikę rzutu trzeba przećwiczyć. Niektórzy zalecają, by wykonać go z ćwierć-obrotem: stajemy bokiem do linii brzegowej i odchylamy wędzisko do tyłu, a następnie miękko, z narastającą prędkością przenosimy je do pionu, wykonując jednocześnie obrót tułowiem - tak by w momencie, kiedy jest ono lekko nachylone do przodu, być już zwróconym twarzą do morza. W tym mniej więcej momencie zwalniamy żyłkę.
Bardzo ważne jest przestrzeganie zasad bezpieczeństwa! Przed rzutem koniecznie musimy się upewnić, czy za nami kogoś nie ma. Sprawdźmy także, czy ktoś nie pływa w morzu nie tylko na linii naszego rzutu, ale także w pobliżu. Rozpędzony ciężarek może wyrządzić nieodwracalną szkodę, z pozbawieniem życia włącznie; zdarzało się, że napotkaną osobę przebijał na wylot.
Po zarzuceniu wędki (czy też po powrocie z łódkowej lub materacowej wyprawy z zestawem) wędzisko zatykamy w podstawce, napinamy żyłkę i czekamy. Choć jest ono dość twarde (ciężar wyrzutowy 250-300 g), na szczytówce widać brania. Co prawda, zawsze też może oszukać fala. Rozróżnienie brań prawdziwych i tych fałszywych jest utrudnione. Na wszelki wypadek na każde powinniśmy reagować zacięciem - ruchem obszernym, ze względu na dużą długość żyłki.

