Wyposażenie
Do przebicia się przez skorupę lodową używa się pierzchni lub świdrów. W ostateczności może do tego służyć siekierka. Nawet jednak jeśli ma obuch długi i wąski, umożliwiający wyrąbanie otworu nie nazbyt się ku górze rozszerzającego, trudno ją polecać. Jeśli już do niej zmuszą okoliczności, to dolną część otworu należy raczej odłupać styliskiem; sam obuch zaś można wykorzystać do wybrania kawałków lodu z przerębla.
Urządzeniem, które powinien mieć każdy, jest pierzchnia, czyli rodzaj dłuta; w niektórych wersjach pełni ona też funkcję łopatki. Doskonałym materiałem na ostrze jest duży pilnik płaski, jednostronnie zaostrzony na szlifierce magnesowej i oprawiony w drążek drewniany - np. stylisko od łopaty. Na wszelki wypadek lepiej uchwyt przewiercić i umocować przepuszczoną na wylot śrubą. Podobnie można wykorzystać kawałek pióra od resoru. Pierzchnie ciężką, lecz prostą otrzymuje się z pręta stali zbrojeniowej średnicy 20 mm. Końcówkę trzeba w kuźni sklepać i zahartować (dla nadania odpowiedniej wytrzymałości), a następnie oszlifować na wybrany kształt. Warto taką pierzchnie zaopatrzyć w rękojeść, np. gumową, gdyż w odróżnieniu od trzonka drewnianego jest ona zimna.
Wersję łopatkopodobną sporządza się z rury dużej średnicy, z której wycina się ćwiartkę walca, zaostrza jąjednostronnie i przyspawa do pół- lub trzyczwartocalowej rurki wodociągowej.
Każdą pierzchnie trzeba zaopatrzyć w pętlę, najlepiej rzemienną, do zakładania na przegub. Dna zbiorników są usiane tymi pożytecznymi urządzeniami, uronionymi przez mało doświadczonych. Drążenie otworu bowiem polega na opuszczaniu pierzchni z niewielkiej wysokości, aby własnym ciężarem i siłą rozpędu zagłębiała się w lód. Pod koniec przebija już go na wylot; kiedy zawiedzie refleks, pozostaje tylko owa pętla, jeśli pierzchnia nie ma się pogrążyć w wodzie.
Istnieje wiele konstrukcji świdrów. Najwięcej wysiłku zaoszczędza ten zasadą zbliżony do wiertła koronowego. Skruszyć bowiem wystarcza tylko wąski pierścień lodu przy krawędzi otworu. Środek się wyjmuje w całości. Spotykane czasem wersje z pałąkiem są o tyle mniej praktyczne, że głębokość wiercenia jest ograniczona jego wysokością. No, ale z drugiej strony jest to zmartwienie na lód wyjątkowo gruby.
Choć świder wydaje się urządzeniem nowocześniejszym, ma swoje wady. Zapewnia wprawdzie pracę sprawniejszą i cichszą, ale to drugie nie zawsze bywa zaletą. Przynajmniej w wypadku okoni zdarza się, że odgłos rąbania lodu je wabi. Świdra nie można też użyć do poszerzania otworu, kiedy zdarzy się ryba nadto okazała; a bywa, bywa... Pierzchnia nadaje się do tego wyśmienicie. Może ona wreszcie służyć jako tyczka ratunkowa. Niestety, przy większym oddaleniu łowiska jest sprzętem tylko dla zmotoryzowanych. Trudno z nią bowiem podróżować pociągiem czy autobusem. Świder natomiast po złożeniu mieści się w torbie.
Nieodzownym składnikiem wyposażenia jest czerpak do lodu. Można go sporządzić samemu z płaskiej platerowej łyżki wazowej, wiercąc w niej gęsto otwory. W każdym razie warto zadbać, aby było to urządzenie wygodne w użyciu. Należy nim dokładnie oczyścić przerębel z kawałków lodu pozostałych po drążeniu. Przy silnym mrozie powierzchnia wody pokrywa się po jakimś czasie kaszką lodową. Ją również trzeba usuwać, zwłaszcza przy metodzie spławikowej. Ale tak że przy łowieniu na błystkę lub mormyszkę unika się pozostawiania w przeręblu kawałków lodu, mogących blokować żyłkę.
Czasami jednak zachodzi konieczność zaciemnienia otworu. Dzieje się tak przy słonecznej pogodzie, kiedy lód jest pokryty śniegiem. Wówczas również trzeba otwór oczyścić z grudek, a narzucić śniegu. Przykrywanie tekturką czy płytką styropianu jest z wielu względów niepraktyczne: tworzy
się wyraźna, kontrastująca ciemna plama, potem przy holowaniu coś zawsze zawadza. Przy pogodzie pochmurnej zaciemnianie w ogóle nie jest potrzebne, podobnie przy lodzie wolnym od śniegu. Kolejnym elementem wyposażenia jest mała osęka. Delikatność żyłki nie pozwala na bezpośrednie wyciąganie ryb innych niż naprawdę małe. Użycie podbieraka czy chwyt dłonią ze zrozumiałych względów nie wchodzą w grę. Osęką zahacza się rybę pod pokrywą skrzelową lub - sztuki bardziej okazałe - od spodu pyska. Można je w ten sposób przytrzymać bezpiecznie także na czas powiększania otworu - kiedy wielkość zdobyczy do tego zmusza. Doradzane czasem w takich wypadkach posunięcia doraźne, jak zanurzenie szczytówki w wodzie, traktujmy raczej jako ostatnią deskę ratunku. Przy lodzie grubszym tak czy owak zresztą trudno się obejść bez pomocy kolegi, który wykuje obok otwór duży, a następnie wąski kanalik na przeprowadzenie żyłki. Poszerzanie otworu przy niej niechybnie prowadzi do jej przecięcia.
Kryjówki ryb często znajdują się w pobliżu krzaków i innych zawad, o które łatwo zaczepiają się błystki czy mor-myszki - z reguły te jedyne, najcenniejsze. Do ich uwalniania nieodzowny jest pierścień metalowy na grubej żyłce lub lince. Latem przydaje się także, ale wówczas mamy i inne możliwości uporania się z zaczepem. Zimą pozostaje praktycznie tylko on. Po pionowo naprężonej żyłce łatwiej się go przy tym opuszcza. Do transportowania tak rozbudowanego wyposażenia niezmiernie przydatne okazują się sanki. Można do kosza wędkarskiego dorobić płozy. Zaopatrzenie go w otwór w górnej części pozwoli wrzucać ryby do środka bez wstawania z siedziska. Osobna przegródka pomieści m.in. termos, którego zawartość (bezalkoholowa) znakomicie pozwala wytrzymać dłuższy pobyt na mrozie.
Przede wszystkim jednak konieczne jest do tego właściwe ubranie. Doskonale służy ortalionowy kombinezon narciarski. Wysokie spodnie, lekkie i nie przewiewne (bardzo ważne!), nie odsłaniają pleców i nie krępują ruchów w razie nieszczęścia; do tego kurtka z kapturem. Wbrew potocznej opinii nie takie znów praktyczne okazują się ubrania watowane: niezbyt ciepłe, a przy tym ciężkie i nieporęczne.
Na nogi najlepiej nakładać gumofilce albo buty śniegowe z wkładką z pianki. Niezależnie od tego dobrze jest mieć ze sobą2-cm grubości płytkę styropianu lub czegoś podobnego, na czym można by oprzeć stopy. One przy metodach statycznych najszybciej marzną i przez nie najczęściej schodzi się z łowiska przedwcześnie -lub przypłaca dłuższy pobyt grypą czy katarem. Ten drobny dodatek (płytka, a nie katar) okazuje przydatność zwłaszcza wiosną, kiedy już lód pokrywa cienka warstewka wody.
Na głowę szczególnie się nadaje kominiarka. Chroni twarz przed odmrożeniami.
Nieco bardziej skomplikowanie przedstawia się sprawa rąk. Muszą przecież zachować możność operowania sprzętem, o co trudno zarówno przy rękawicach grubych i ciepłych, jak i przy lekkich; zgrabiałymi palcami niewiele się zdziała. Praktyczne rozwiązanie stanowią dwie pary rękawic. Wewnętrzne, pięciopalczaste, najlepiej stylonowe, dakronowe itp. (nie wełniane!), powinny mieć obcięte końce trzech palców operatywnych: środkowego, wskazującego i kciuka. Na wierzch zakładamy porządne, ciepłe, najlepiej jednopalczaste. Zdejmujemy je tylko na czas zmiany przynęty, przezbrojenia wędki itd. Coraz większą popularność zyskująwiatrochrony. Wobec dokuczliwości niewielkiego nawet wiatru stanowią one szalone udogodnienie przy łowieniu zasiadkowym - spławikowym i mormyszkowym; w łowieniu na błystkę, kiedy przeczesuje się większą przestrzeń, nie mają sensu. Składają się na nie trzy pręty, np. maszty namiotowe, i płachta folii, np. takiej jak na inspekty. Rozstawia się to wszystko w trójkąt, środkowy maszt napinając jednym odciągiem, każdy ze skrajnych - dwoma. Do ich umocowania wystarczają zwykłe gwoździe. Bez kłopotu dają się wbijać w lód - młotkiem albo, żeby nie mnożyć rzeczy do zabrania, pierzchnią. Urządzenie to nie tylko pozwala podczas np. zamieci kikakrotnie dłużej wytrzymać na lodzie; w szczęśliwym przypadku, kiedy wiatr wieje stąd, skąd świeci słońce, zastępuje zaciemnienie otworu.
Mając już skompletowane wyposażenie można przystąpić do łowienia. Wyróżnia się tu trzy metody: spławikową, na błystkę podlodową oraz na jej szczególną odmianę - mormyszkę.

