Technika
Jak w metodach spławikowych wiele zależy od wcześniejszego przygotowania przynęt i zanęt, tak w spiningu wstępem do sukcesu jest opracowanie zawczasu planu łowienia. Nie chodzi tylko o dobór zestawu sprzętowego odpowiedniego do charakteru łowiska, warunków hydrologicznych, pogody itd. Wielu łowiących nie docenia wagi należytego rozplanowania wyprawy. Wypuszcza się zapaleniec nad wodę i tak ostro biczuje od rana do południa, że pada zmęczony pod jakimś drzewem. Popija coś, łapie oddech, a akurat zaczynają się najlepsze brania; jesienią, na przykład, przypadają one właśnie między pierwszą a drugą, kiedy już ma się w nogach dziesięć kilometrów, w rękach zaś - ani śladu czucia. Stąd znaczenie właściwej taktyki. Trzeba siły rozłożyć na dojścia, powroty. Ustalić, kiedy i gdzie można się spodziewać ryby - i temu przyporządkować resztę. Już na łowisku konieczne okazuje się niekiedy wprowadzenie poprawek do przyjętych założeń. Dopiero tu bowiem można ostatecznie ocenić warunki, szczególnie zaś poziom wody. Niezależnie od tego warto jeszcze raz sprawdzić stan poszczególnych elementów wędki, regulację hamulca kołowrotka. Technik zarzucania istnieje wiele. Zaczyna się od podciągnięcia przynęty na właściwą odległość od przelotki szczytowej - im cięższa, tym dalej; zazwyczaj między 10 a 40 cm. Rzut podstawowy, znad głowy, daje się zastosować tylko w warunkach sprzyjających. Nieco trudniejszy boczny stosuje się wtedy, kiedy gałęzie drzew lub inne przeszkody nie pozwalają na wymachy pionowe. Przydaje się także wówczas, kiedy zależy nam na możliwie płaskim torze - przy wietrze z przodu, lub jeśli mamy przynętę wprowadzić pod nawis gałęzi. Z braku miejsca na jakikolwiek wymach trzeba się uciekać do technik specjalnych, jak rzut katapultowy (uwaga na groty kotwiczki!), spod ręki, wahadłowy, pchnięcie szpadą itd. Wszystkie one dają jednak niewielki zasięg przynęty. Przy rzutach dalszych należy uwzględnić wpływ wiatru. Jeśli wieje z boku, to energiczne machnięcie wędziskiem w tym kierunku już podczas lotu przynęty pozwoli zmniejszyć niekorzystne wybrzuszenie żyłki. Im ona cieńsza, tym mniej się poddaje ruchom powietrza, i to stanowi jeszcze jeden argument przemawiający za dobieraniem jak najmniejszych średnic. Pod koniec rzutu jej wybieg trzeba wyhamować, a w ostatniej chwili zatrzymać całkiem, z jednoczesnym lekkim poderwaniem szczytówki. Dzięki temu przynęta opadnie cicho, nie płosząc ryb. Czasami wskazane jest nawet, aby pod koniec jej lotu rozpocząć zwijać żyłkę; błystka zastartuje natychmiast z chwilą dotknięcia wody. Na dobre opanowanie różnych styli zarzucania, wyćwiczenie donośności i celności rzutu oraz poprawnego kładzenia przynęty na wodzie nie ma co żałować czasu. Na początek warto do treningu zdejmować kotwiczki, aby nie tracić błystek. Takie strzelanie ślepakami ma jednak ograniczoną użyteczność. Rychło trzeba przejść na trenowanie na ostro. Wtedy dopiero można osiągnąć biegłość w prowadzeniu, co pozwoli nie tylko na pełne wykorzystanie łowiska, które niewprawny uzna za całkiem niedostępne, ale także na ograniczenie liczby traconych później blach. Prócz tego na podstawie osiąganych wyników można będzie ocenić skuteczność zastosowanego rodzaju pracy przynęty. Z chwilą, kiedy znajdzie się ona w wodzie, wszystko zaczyna być w rękach wędkarza; ściślej - w przekazywanych przez nie wrażeniach dotykowych. Obserwowanie szczytówki, żyłki, czasem także wprost błystki czy woblera, ma znaczenie tylko uzupełniające. Liczy się przede wszystkim czucie. Ono z jednej strony informuje, co się właśnie dzieje z przynętą; z drugiej zaś - pozwala kierować jej zachowaniem. A to niezwykle istotne. Nieważne, czym się rzuca, ważne, żeby wiedzieć, jak to pokazać (rybie) - mawiał niegdyś dobrze wrocławskim wędkarzom znany mistrz Bolek. Niestety, jedyną receptą na opanowanie tej sztuki wyczuwania pozostaje - podobnie jak przy zarzucaniu - praktyka. Wielu wskazówek dostarczy baczne obserwowanie przynęt podczas ściągania w czystej płytkiej wodzie i kojarzenie widzianych zachowań z tym, co się czuje ręką. Potem już głównie wyobraźnia i zmysł przestrzenny pozwolą te doświadczenia przenieść na prawdziwe łowienie. One muszą nieomylnie wskazywać, w którym miej scu toni znaj duj e się właśnie przynęta, jak się rusza itd. Może ona być najatrakcyjniejsza i najdroższa; jeśli jednak będzie jednostajnie, mechanicznie przecinała wodę, łupem drapieżnika, zwłaszcza większego, stanie się tylko z rzadka i przypadkowo. Dopiero stała zmiana jej pracy, osiągana przez zwiększanie i zmniejszanie szybkości zwijania żyłki lub ruchy wędziska, ożywia ją, czyni z niej cel intrygujący, prowokujący atak ryby, spowodowany czy to skojarzeniami żerowymi, czy to instynktem terytorialnym, czy wreszcie zwykłą ciekawością. Warto przy okazji zauważyć, że właśnie ta różnorodność motywów sprawia, iż w spiningu bardziej niż w innych metodach sprawdzają się przynęty nie przypominające niczego jadalnego; o ile pokarm powinien wzbudzić zaufanie, o tyle intruza odpędza się bez względu na to, czy się go zna, czy nie. Kolejnym warunkiem skuteczności przynęty jest, aby znalazła się w zasięgu zmysłów ryby: wzroku, linii bocznej, ewentualnie też węchu - w odległości czyniącej atak opłacalnym. Wymaga to prowadzenia jej w pobliżu domniemanych stanowisk, jak podwodne głazy, pnie, zarośla. Niestety, nader często okazują się one pułapkami na błystki czy woblery. Skłania to wielu wędkarzy do prowadzenia nazbyt ostrożnego, najchętniej tuż przy powierzchni wody. Z nielicznymi wyjątkami mija się to z celem. Podobnie zresztą, jak uparte oranie dna, bez względu na jego charakter, obecność zaczepów i - co gorsza - porę roku oraz spodziewany gatunek zdobyczy. Branie odczuwa się przede wszystkim ręką. Obserwacja szczytówki czy żyłki może mieć znaczenie tylko pomocnicze. Zależnie od sposobu chwycenia przynęty przez rybę i kierunku, z którego ona to robi, branie może mieć postać od ostrego szarpnięcia (czasem wyrywającego kij z ręki), przez uderzenia, puknięcia, trącenia, przytrzymania - po ledwie wyczuwalną zmianę pracy przynęty, często połączoną z poluzowaniem lub odchodzeniem żyłki w bok. Odpowiedzią na każdy taki sygnał, bez względu na jego rzeczywistą przyczynę, powinno być ostre, zdecydowane zacięcie. Siłę i szerokość trzeba dostosować do aktualnej odległości przynęty, głębokości jej zanurzenia, siły prądu oraz cech zestawu; głównie chodzi tu o akcję wędziska. Im przynęta dalej i głębiej, a kij krótszy i bardziej elastyczny, tym zacięcie szersze i mocniejsze. Nigdy nie poprawiajmy. Praktyka wykazuje, że przy umiejętnym holowaniu z kotwiczki schodzi stosunkowo niewiele ryb. Sporo ich natomiast, jak się okazuje, jest zaczepionych zaledwie jednym grotem za milimetrowy paseczek naskórka. Przy powtórnym zacięciu niechybnie doszłoby do zerwania; nawet byśmy nie wiedzieli, że istotnie mieliśmy branie. Może się zdarzyć (i często się zdarza), iż skutkiem zacięcia jest uwięźnięcie kotwiczki w zaczepie. W jeziorach uwolnienie na ogół nie przedstawia większych trudności. Mamy bowiem najczęściej do czynienia z zaczepami miękkimi. Jeszcze dogodniej sza jest sytuacja, gdy można podpłynąć łodzią, by wyciągać przynętę pod kątem innym, niż się zaczepiła. W rzekach jest to z reguły trudniejsze. Niemniej dwie trzecie do trzech czwartych zaczepów daje się uwolnić. Mowa, oczywiście, o uwolnieniu w rozsądnym czasie, a nie o dwu- czy trzygodzinną zabawę, w trakcie której nieszczęśnik, pomny ile to złotych uwięzło gdzieś na dnie, tnie scyzorykiem drzewo, żeby nim sięgnąć, dźga wodę i klnie. Najprostszy sposób to pstrykanie (strzelanie). Przy mocno napiętej żyłce pociąga się za nią i puszcza. Jeśli mamy do czynienia z zaczepem twardym, jak kamień czy na wpół skamieniałe drewno, dochodzi do poluzowania grotów. Prąd często zrobi resztę i tak może wkrótce szczęśliwie przynętę odzyskamy. Jeśli zaczep da się obejść, to warto pociągnąć za żyłkę z kierunku, z którego szła blacha (wobler, skoczek, dewon). Kiedy jest nie za daleko od brzegu i poniżej wędkarza, pomagają wianuszki z wikliny lub innych giętkich gałęzi, splecione wokół żyłki i puszczone z prądem. Przeważnie udaje się nimi wytrząsnąć kotwiczkę z zawady. Oczywiście, jak zawsze można użyć pierścienia od-czepowego. Jednakże osiągnięcie nim zaczepów położonych dalej od brzegu, szczególnie przy silnym nurcie, często się okazuje niemożliwe. Bywa też jednak (choć niektórym trudno w to uwierzyć), że po zacięciu odczuwa się żywą reakcję ryby. Wówczas należy natychmiast przystąpić do holowania - płynnego, lecz zdecydowanego. Prędkość zwijania żyłki powinna przy tym - z wyjątkiem okazów bardzo dużych - zależeć od oporu zdobyczy, a nie od wytrzymałości sprzętu. Przed jej przekroczeniem chroni właściwie ustawiony, i ewentualnie podczas holowania korygowany, opór sprzęgiełka (hamulca) kołowrotka. Sztuki niezbyt wielkie można po prostu ściągać kołowrotkiem. Nie wolno jednak stale obracać jego korbki, gdy ryba wybiera z niego żyłkę. Skutkuje to bowiem skręcaniem żyłki, nie dając żadnego pożytku. Wystarczy się ograniczyć do wybierania nim luzów, powstałych przy zmianach kierunków ucieczki zdobyczy. Okazy duże i silne wyciągamy przez wspomniane już pompowanie, czyli podciąganie wędziskiem, a następnie, podczas jego opuszczania, zwijanie żyłki z jednoczesnym pokonywaniem oporu ryby. Do lądowania można przystąpić z chwilą pojawienia się oznak całkowitego zmęczenia ryby: zaprzestania czynnej walki, zwłaszcza ucieczek, ewentualnego pokładania się na boki, poniechania energicznego umykania od brzegu czy łodzi oraz dołowania (parcia w głąb). W warunkach sprzyjających wystarczy tak wyczerpaną rybę lądować wyślizgiem na brzeg lub - łowiąc z łodzi - wyjąć ręką. Przy sztukach większych, szczególnie gdy nie sposób się upewnić co do niezawodności zapięcia na kotwicy lub zgoła widać, że ryba ledwie się na niej trzyma, należy się posłużyć podbierakiem lub osęką. W tym drugim wypadku trzeba uważać, aby ofiarę jak najmniej uszkodzić; zwłaszcza jeśli nie mamy pewności, czy nie trzeba jej będzie wpuścić do wody (z powodu okresu ochronnego; ryb o wątpliwym wymiarze nie należy wyciągać osęką). Gdy jest zmęczona, takie podebranie nie nastręcza trudności. Niezbędnej wprawy zaś można nabrać ćwicząc na kawałku deski lub innego drewna, rzuconym na powierzchnię wody. Drapieżniki o ostrym uzębieniu, jak szczupak, sandacz, sum, które mamy zamiar zabrać (a więc wymiarowe i złowione poza okresem ochronnym), trzeba uśmiercić niezwłocznie, przed przystąpieniem do wyjmowania kotwicy z paszczy. Uwaga zwłaszcza na groźny szczękościsk szczupaka! Następnie je wykrwawiamy, patroszymy i zawijamy w lnianą ściereczkę.

Pogoda

Niedziela, 05 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 8 °C do 16 °C

Kierunek wiatru: północno-wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 12.62°C

Wschód: 05:59
Zachód słońca: 19:21

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 1 gość.