Pełna profesja

Setki godzin spędzonych nad wodą. Lata wędkarskiej praktyki. Dziesiątki łowisk. Tysiące ryb małych, dużych i wielkich. To wszystko czyni nas profesjonalistami. Już nie amatorami wędkowania, lecz prawdziwymi zawodowcami. Wysokiej klasy specjalistami. Nie popełniamy błędów, nie miotamy się po łowisku. My wiemy, co, gdzie i jak wrzucić. Rzesze niedzielnych wędkarzy patrzą na nas z podziwem. - Patrz, jak on łowi - słychać z sąsiednich łódek na Turawie, do których podpłynęliśmy. Jeszcze kolega nie zdążył przywiązać linki kotwicznej, a już ciągnę sandacza. Wszyscy widzą, wszyscy podziwiają. Tego, że przez następne 10 godzin nie mam śladu brania już nie wiedzą.' I dobrze, tak jak w małżeństwie, liczy się pierwsze wrażenie. Potem może (i jest) już o wiele gorzej.
Taaak, my profi... Pewni siebie, wyszczekani, nie ma takiej ryby, której nie złowilibyśmy. A tymczasem... A tymczasem rzeczywistość wygląda trochę inaczej. Nawet więcej niż trochę. Tak jak na ostatnim wyjeździe.
Wyruszyliśmy o 5. Radośni, pełni nadziei i woli walki. Przygotowani na wszystko. W plecakach grzechotały rippery i koguty. Żaden sandacz nie ma szans. Wiadomo, profesjonalizm. Po godzinie zameldowaliśmy się w rybaczówce. Wszystko się zgadzało. Mój przyjaciel T. poszedł po kapoki i dokumenty łódki. Miła, uśmiechnięta (o 6 rano!) pani wskazała mu zgrabnym paluszkiem: -Ta niebieska, z prawej. Zarezerwowana łódka czekała na brzegu. Dosłownie na brzegu, jakieś 15 metrów od wody, bo przez ostatni tydzień poziom zbiornika zleciał o pół metra. Taplając się w błocku podeszliśmy dwadzieścia metrów przed niebieską łajbę. Cóż było robić, zdjęliśmy buty i zakasaliśmy spodnie. Damy radę, przecież jesteśmy profi. Ponieważ byłem szczęśliwym posiadaczem zapalenia oskrzeli, mój kolega A. zlitował się i pożyczył mi wodery. Trochę było mi głupio, gdy patrzyłem na A. i T. jak zaznają kąpieli błotnych. Szczególnie, że na trawach skrzył się szron. Ale moi kumple to twardziele, prawdziwi twardziele. Dziarsko w trójkę chwyciliśmy za łódź i zaczęliśmy ciągnąć. Nie drgnęła nawet o milimetr. No to jeszcze raz. Nic to nie dało. Kolega poszedł po łopatę. Krzyknąłem za nim: - Weź klucz do wioseł, bo są zamknięte. Kiwnął głową. Szampańska zabawa trwała godzinę. Najpierw należało podkopać dziób, potem z całej siły szarpnąć i łódź łaskawie przesuwała swoje tłuste dupsko o 2 centymetry. W końcu dociągnęliśmy ją do wody. No, jeszcze tylko kwadrans i udało nam się wypchnąć ją na jezioro. Daliśmy radę, w końcu jesteśmy profi. Koledzy zajęli się montowaniem silnika, wnoszeniem bambetli, ja poszedłem po ten kluczyk od wioseł. Pani była bardzo zdziwiona: - Przecież rozpięłam wiosła, na 100 procent. Z kolei ja byłem uparty: - Na pewno są zamknięte, sprawdziłem. Cóż, poszliśmy w kierunku łódek. - Ale panowie wzięli nie tę łódkę. Ta dla panów jest tam - wskazała palcem łódź kołyszącą się na wodzie. - Mówiłam, niebieska, pierwsza z prawej. Zepchnęliście inną, prywatną łódź.
Cii, żadnych bluzgów. Spokojnie poinformowałem kumpli, że to nie ta łódź. Cóż, w pół godziny wepchnęliśmy ją z powrotem i przepakowaliśmy się na tę właściwą. W końcu wsiedliśmy, odpaliliśmy silnik i ruszyliśmy. Włączyłem GPS, wiadomo, pełna profeska. Tak sobie płyniemy, rozglądam się po jeziorze, rozglądam po łodzi. Czegoś mi brakuje, tylko czego?
- A gdzie kapoki? - spytałem T. Jakoś tak dziwnie spojrzał na mnie.
Zapadła cisza, nawet silnik zaczął dyskretnie pokasływać.
- Położyłem w tej łódce obok, żeby nie leżały w błocku - T odezwał się w końcu.
Wróciliśmy. Jesteśmy profesjonalistami, bez sprzętu ratunkowego nie pływamy. I tak już po 2 godzinach od przyjazdu byliśmy na wodzie. Oczywiście kolejne pół godziny zajęło nam przepłynięcie pod drugi brzeg. Bo reguła drugiego brzegu sprawdza się zawsze. Bolenie biją tylko pod drugim brzegiem, brzany stają tylko pod drugim, słowackim brzegiem Popradu. Turawskie sandacze również najlepiej biorą 4 kilometry od przystani. Ale nie brały. Przekotwiczenie za przekotwicze-niem i tylko jeden mizerny sandaczyk. Wiadomo, zawodowcy nie poddają się tak łatwo. Rybę trzeba znaleźć. Dlatego popłynęliśmy pod zaporę. Może na głębszej wodzie sandacz się ruszy. Ruszył się. Wiatr. Fala z każdą minutą robiła się coraz większa. Wicherek nie jest dobry na zapalenie oskrzeli. Zacząłem kaszleć. Silnik też. Kaszlał, kaszlał i zgasł. Na amen. Nie pomogły zaklęcia, groźby, stukanie, poklepywanie, głaskanie, plucie i szarpanie tym dziadowskim sznurkiem. Silnik poległ na placu boju. Cóż, wiatr wiał, fala rozpryskiwała się o burty, a my na zmianę „pac, pac" wioseł-kami. „Pac, pac" 4 kilometry. Pełne profi, nie ma co. Raczej pełna tragedia.
Chociaż z drugiej strony... Większości tych udanych, w pełni profesjonalnych wypraw nie pamiętam. Chyba, że trafiła się okazowa ryba. Pozostałe zlewają mi się w jedną, wielką wyprawę. Profesjonalizm, rutyna, brania, ryby. A tymczasem ten turawski wyjazd na długo utkwił w mojej pamięci. Bo zamiast chłodnego. profesjonalnego smaku miał lekko kwaśny, lekko słodki posmak przygody. Posmak przygody - może o nią tak naprawdę chodzi?

Pogoda

Niedziela, 05 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 8 °C do 16 °C

Kierunek wiatru: północno-wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 12.62°C

Wschód: 05:59
Zachód słońca: 19:21

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 0 gości.