O rybach ogólnie
Nie mniej niż znajomość środowiska ważna jest dla wędkarza wiedza o biologii, zwłaszcza zaś o pokarmowych obyczajach ryb oraz ich anatomii. Temat to zbyt obszerny, by tu podjąć go ze szczegółami. Wypada odesłać Czytelnika do opracowań specjalistycznych. Jedynie tytułem przypomnienia na pokazujemy zasadnicze elementy budowy ciała ryby i ich rozmieszczenie. Układ i proporcje mogą się znacznie różnić np. u gatunków drapieżnych i spokojnego żeru, morskich i lądowych itd. Także dla przypomnienia dokonajmy przeglądu cech zewnętrznych, pomocnych przy rozpoznawaniu ryb oraz rozróżnianiu gatunków podobnych. Sylwetka, pokrój ciała i układ otworu gębowego. O wiążą się z reguły z trybem życia. I tak ryby żerujące przy dnie odznaczają się zazwyczaj spłaszczoną częścią brzuszną; zbierające pokarm z powierzchni prostszym grzbietem. Silni pływacy wyróżniają się kształtem wrzecionowatym; mieszkańcy gęstych zarośli tarczowatym. Drapieżcy mają paszczę szeroko rozwieralną, uzbrojoną w zęby (z wyjątkiem bolenia). Zjadacze pokarmu dennego są wyposażeni w pyszczek położony dolnie lub lejkowato wysuwalny. U ryb toniowych jest on położony końcowo, u przypowierzchniowych górnie. Z tych cech można też wysnuwać wnioski co do najkorzystniejszego sposobu podania przynęty. Byle nie trzymać się ich zbyt niewolniczo: płoć przecież mimo końcowego położenia pyszczka na- der często żeruje przy dnie, lipieniowi zaś cofnięcie dolnej wargi nie przeszkadza w zbieraniu muszek z powierzchni. Szczegółem, na który warto w niektórych wypadkach zwrócić uwagę, jest otoczenie pyszczka liczba i rodzaj wąsików. Zasadniczy układ płetw bywa na ogół wystarczająco czytelny. Czasem jednak podobne gatunki można rozróżnić czy to po ich wzajemnym ułożeniu, czy po długości albo wykroju. Te ostatnie cechy określa się często przez liczbę promieni twardych (pojedynczych) i miękkich (rozszczepionych), na których błona płetwowa jest rozpięta, oraz przez stosunek ich długości. Itak jedną z cech pozwalających odróżnić krąpia i leszcza jest właśnie kształt płetwy odbytowej. U niektórych gatunków występuje dodatkowa płetewką w tylnej części grzbietu. Ma ona, w odróżnieniu od pozostałych, postać nie błony rozpiętej na promieniach, tylko fałdu skórnego wypełnionego tłuszczem. Stąd nazwa płetwa tłuszczowa. Z pozostałych znaków szczególnych warto zwrócić uwagę na liczbę, wielkość, wzór i siłę osadzenia łusek, kształt linii bocznej, plamkowanie i cętkowanie, barwę oczu i płetw. Ubarwienie tułowia, acz czasem charakterystyczne, przy odróżnianiu gatunków podobnych może zawieść. Wiele tu bowiem zależy od środowiska (zjawisko mimikry, czyli upodabniania się). Pewne, niezawodne rozróżnienie na podstawie cech zewnętrznych bywa niekiedy niemożliwe. Coraz częściej wynika to z mnożenia się rozmaitych mieszańców. To kolejny skutek cywilizacyjnego oddziaływania na wody. Zwłaszcza zaś ich skażenia cieplnego. Dawniej przyroda bardziej precyzyjnie ciepłotą regulowała kolejność tarła poszczególnych gatunków. Teraz spływ nagrzanych wód zrzutowych z urządzeń energetycznych powoduje, że w obszarach tarłowych temperatura podnosi się tak szybko, iż do rozrodu przystępują jednocześnie różne gatunki. Zjawisku temu sprzyja też ogólne zakłócenie stosunków wodnych spowolnienie i ujednolicenie przepływu w rzekach, spowodowane melioracjami uszczuplenie miejsc tarłowych w jeziorach itd. Także w obrębie jednego gatunku dochodzi często do spowodowanych czynnikami szkodliwymi zakłóceń w kodzie genetycznym, co znów prowadzi do dziwacznego wymieszania cech. Stawia to czasem wędkarza w trudnej sytuacji. Kiedyś rozterek mógł przysporzyć płocioleszcz (mieszaniec dość pospolity) długości, powiedzmy, 20 cm. Jak na płoć (wymiar ochronny 15 cm) to dosyć, ale jak na leszcza (wymiar ochronny 25 cm) ? za mało. Ten akurat przypadek już jest nieaktualny, bo w nowych przepisach państwowych zniesiono wymiary ochronne na oba te gatunki (co zresztą możemy się pochwalić, postulowaliśmy w ?Wędkarstwie nowoczesnym?). Inne jednak mogą się zdarzać. I choć w ogóle trudno rozstrzygnąć, czy tego rodzaju mieszańce zasługują na ochronę gatunkową, dla czystości sytuacji lepiej przyjąć wyższy z wchodzących w rachubę wymiarów ochronnych. I ogólnie biorąc: podstawą decyzji o zabraniu złowionej ryby musi być absolutna pewność co do jej przynależności gatunkowej (czy międzygatunkowej). Ważna dla wędkarza jest znajomość czasu, w którym ryby dobrze żerują. Najczęściej bowiem (ale nie zawsze!) przynętę chwytają one jako pokarm. Toteż wiele uwagi poświęca się ustaleniu rytmu aktywności żerowej. Autorzy o zacięciu naukowym lubią się przy tym posługiwać tabelkami czasu trawienia. Przy tej temperaturze trwa ono tyle, przy tej tyle; wystarczy zanurzyć termometr i już wiadomo, kiedy oczekiwać brań. Niestety, rzeczywistość bywa złośliwa. W organizmach ryb, co prawda, istotnie wszelkie procesy przebiegają z prędkością zależną od temperatury. Ale nie tylko. Szybkość trawienia, która nas tu interesuje, jeszcze silniej wiąże się z wielkością porcji. W dodatku do żerowania skłania nie tylko głód, ale także dostępność pożywienia. Składa się na nią między innymi łatwość zdobycia. Na nią zaś z kolei wpływa, na przykład, oświetlenie. Większość bowiem naszych ryb wyszukuje pożywienie wzrokiem. Jeśli zatem ów upragniony przez wędkarza koniec trawienia i nastanie chętki na ponowne zapełnienie żołądka nastąpią nocą a zwłaszcza ciemną, bezksiężycową to i tak nic dla nas z tego nie wyniknie. Zresztą już samo ustalenie temperatury nastręcza niejakie trudności. Różna jest ona w różnych warstwach. Trzeba by więc jeszcze wyśledzić, gdzie też ryba po ostatnim żerowaniu (którego czas też nie tak łatwo odgadnąć) oddawała się poobiedniej sjeście. Tak więc raczej odradzamy oczekiwanie dobrych brań z tabelką w jednej ręce, zegarkiem zaś w drugiej. Co nie znaczy, że nie warto się interesować życiowymi czynnościami ryb. Wręcz przeciwnie. Należy dążyć do ich możliwie pełnego poznania. Wnioski praktyczne jednak wysnuwajmy ostrożnie. Jeśli więc chodzi o zależność między temperaturą a natężeniem żerowania, to wartość mają reguły ogólne. Największe przypada na jesień. Podobne na wiosnę, ale tu u większości gatunków występuje zakłócający wpływ tarła. Zim kiedy procesy życiowe ulegają wybitnemu spowolnieniu, natężenie to zmniejsza się lub zgoła zanika. Latem ryby też żerują słabiej, bo zbyt ciepło; maleje zresztą zapotrzebowanie na pokarm. W ciepłych porach roku lepsze są chłodne pory dnia, i na odwrót: w chłodnych ciepłe. Suma tych czynników niekoniecznie przy tym przesądza o żerowaniu w ogóle. Czasem o tym, gdzie się ono będzie odbywać. Jeśli górna warstwa wody nieznośnie się nagrzeje, to na dalszy ciąg śniadania ryba może się udać w głębinę lub w cień gałęzi. Nie musi jedzenia przerywać. Rzecz jasna, schemat ten różnie się urzeczywistnia u różnych gatunków. Jedne żerują choć mniej ochoczo, w temperaturze bliskiej zeru. Inne zapadają wówczas w odrętwienie zimowe. Temperatura 20°C chlodnolubnego pstrąga wprowadza w stan letalny, czyli swego rodzaju omdlenie spowodowane zbyt niską zawartością tlenu w wodzie. Ciepłolubny karp natomiast dopiero przy niej zaczyna się czuć w sosie (nie dosłownie, ma się rozumieć). Konkrety znajdzie Czytelnik w notkach o poszczególnych gatunkach. Istnieją jednak liczne czynniki zakłócające te roczne i dobowe cykle aktywności. Tak na przykład oddziałują zmiany ciśnienia. Do jego wielkości ryba dostosowuje się, odpowiednio wypełniając powietrzem swój specyficzny narząd równowagi pionowej pęcherz pławny. Podkreślmy, że chodzi tu o równowagę. Za pomocą narządów ruchu może ona i czyni to zmieniać głębokość przebywania niemal dowolnie. Wymaga to jednak wysiłku. W równowadze spoczynkowej pozostaje właśnie dzięki pęcherzowi. Wzrost ciśnienia atmosferycznego powoduje jego ściśnięcie, a więc przyduszenie ryby do dna. Spadek sprawia, że powietrze w pęcherzu się rozpręża, rybę zatem wynosi ku powierzchni. Doraźnie przeciw- działa ona pracą mięśni, na dłuższą metę przez dopełnienie lub usunięcie części powietrza. Wymaga to wszelako pewnego czasu na dostosowanie, co łączy się z obniżeniem zainteresowania pokarmem. Ponieważ zmianom ciśnienia towarzyszą zwykle wiatry ze stałych na ogół kierunków, okresy złych brań kojarzono właśnie z nimi. W istocie wpływ wiatru przejawia się inaczej i bynajmniej nie jest jednoznaczny. Z jednej strony wprowadza on niepokój, hałas wywołany falowaniem. To zmniejsza rybią chętkę na żerowanie. Z drugiej jednak strony powoduje lepsze dotlenienie wody. To znów pobudza apetyt. Co więcej, w miejscach płytszych ruchy wody powodują odsłonięcie zagrzebanego w mule pożywienia; coś jak dzwonek: podano do stołu. Czyli jednak punkt na korzyść brań lepszych. Co ostatecznie przeważy? To zależy od wielu czynników, jak miejsce i charakter zbiornika, siła tego wiatru, skład obsady rybnej i wielu jeszcze innych. Żadne teoretyczne ustalenia tego nie rozstrzygną. Podobnie jest z większością czynników. Jak zresztą we wszystkich dziedzinach, taki tu dodatkowy nieporządek wprowadziła cywilizacja. W jednych zbiornikach ujawnia się nie znany dotychczas cykl tygodniowy (osłabienie brań podczas hałaśliwego wypoczynkowego okresu sobotnio-niedzielnego), w innych żywotność ryb faluje w rytm puszczania wody w odległej zaporze, otwierania zaworów w fabryce, silniejszego dymienia kominów. Na niewiele, doprawdy, zdają się dawne zacne reguły. Wszystkiego trzeba się dopracowywać od nowa i to dla każdego łowiska z osobna.

Pogoda

Wtorek, 07 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 11 °C do 17 °C

Kierunek wiatru: wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 13.82°C

Wschód: 06:02
Zachód słońca: 19:17

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 1 gość.