Łowiska
Na to, jak woda służy jako środowisko życiowe dla ryb, wpływa wiele czynników. Natlenienie stanowi wynik dwóch przeciwbieżnych procesów: dostarczania i zużywania tlenu. Może on pochodzić bądź z powietrza, bądź z przebiegającego w wodzie procesu asymilacji dwutlenku węgla przez rośliny zielone. Pierwsze z tych źródeł ma znaczenie przede wszystkim w rzekach. Stały ruch wody względem powietrza ułatwia rozpuszczanie tlenu atmosferycznego. Stale też trwa mieszanie, powodujące że przenika on do różnych warstw. W jeziorach oba te zjawiska mają zasięg ograniczony, chyba że wieje silny wiatr. Źródło drugie asymilacja funkcjonuje wyłącznie przy dostępie światła. Bywa czasem tak wydajne, że nie cały powstający w wyniku fotosyntezy tlen może się rozpuścić; wydziela się wówczas w postaci pęcherzyków. Im więcej jednak komórek go wytwarzających, tym mniej światła przenika w głąb wody. Powstaje więc coraz mniej tlenu. Jednocześnie zwiększa się jego zużycie na oddychanie oraz na zmineralizowanie wszelkich szczątków. W pewnych warunkach zatem przetlenienie prowadzi do niedotlenienia. Ciepłota wody wpływa na prędkość procesów życiowych w organizmach ryb. Należą one bowiem do zwierząt zmiennocieplnych. Każda jednak ma pewien zakres temperatur, który jej szczególnie odpowiada. Wyznacza on zarówno pory aktywności, jak i miejsca przebywania. Są więc gatunki, które dopiero zimą nabierają wigoru (np. miętus), a są takie, które na ten okres zapadają w odrętwienie (np. karaś). Wiosną, kiedy woda w masie pozostaje zimna, wiele ryb lubi się wygrzewać w jej warstwach cieplej szych, wierzchnich. W letnie upały przeciwnie: Unikają nagrzanego strychu, trzymając się głębin lub miejsc ocienionych, np. pod 1a\yisami gałęzi. Temperatura wpływa też na rozpuszczalność tlenu. Im cieplej, tym go w wozie umiej. Niektórym gatunkom to nawet odpowiada. Trzymają się miejsc nagrzanych. Wolą zaduch niż chłód, rzec by można. Większość wszelako ma inne upodobania i potrzeby. Dostępność pokarmu bezpośrednio lub pośrednio wiąże się z obecnością ?zw. producentów pierwotnych, czyli roślin naczyniowych bądź planktonu roślinnego. Tylko one wbudowują substancje mineralne w żywą tkankę i wprowadzają do niej energię słoneczną wytwarzając substancję organiczną. Przechodzi ona następnie do kolejnych ogniw łańcucha pokarmowego: planktonu zwierzęcego, bezkręgowców, drobnych kręgowców i wreszcie drapieżników. Schemat to, oczywiście, uproszczony. Niemniej wyjaśnia, dlaczego w zbiornikach życie skupia się w pobliżu miejsc porośniętych. Zawartość składników mineralnych ma dla warunków życiowych znaczenie istotne. Trudno jednak je ująć w jednoznaczne zależności. Do prostszych należy wpływ, jaki na tempo wzrostu ryb wywiera zawartość różnych soli w wodzie morskiej. Sprawia ona, że wędrowny osobnik pstrąga po kilku latach pobytu w morzu osiąga rozmiary znacznie większe niż inny, pochodzący nawet z tego samego wylęgu, ale żyjący w jeziorze lub zbiorniku zaporowym. Tym bardziej zaś niż ich brat rzeczny. Do istotnych czynników środowiskowych należy obecność lub nieobecność prądu. Wiele gatunków dostosowuje się bez większych trudności, ale istnieją też ryby tzw. reofilne, czyli prądolubne, które w wodzie stojącej nie utrzymują się nawet jeśli pod wszystkimi innymi względami znajdują w niej warunki dogodne. Kolejny czynnik środowiskowy to obecność kryjówek. Czasami wystarczają symboliczne, jak źdźbło przed nosem szczupaka. W wypadku ryb typowo stanowiskowych, jak pstrąg, ich liczebność miewa dla pojemności łowiska znaczenie większe niż dostępność pokarmu. Chodzi przy tym nie tylko o ukrycie się przed większym drapieżnikiem czy przed przyszłą zdobyczą, lecz także w rzekach o oszczędzanie energii potrzebnej do utrzymania się w nurcie. Raz odkryty dołek może wędkarzowi przynosić kolejne okazy przez długi czas. Wkrótce bowiem po opuszczeniu (niedobrowolnym) przez jednego mieszkańca, zostaje zasiedlony przez następnego. Nie zawsze stanowisko najdogodniejsze z punktu widzenia bezpieczeństwa i wygody jest najlepsze pod względem pokarmowym. Toteż w wielu wypadkach należy rozróżnić siedliska ryb, czyli miejsca gdzie znajdują schronienie, oraz żerowiska. Należałoby jeszcze wymienić barwę otoczenia, charakter dna i wiele innych. Spójrzmy, jak warunki życiowe kształtują się w poszczególnych typach wód. Rzeki cechują się znacznym zróżnicowaniem charakteru w obrębie każdej z nich, ale jednocześnie dużym podobieństwem odcinków odpowiadających poszczególnym biegom. Takie odcinki, powtarzające się w różnych rzekach, przyjęło się nazywać krainami rzecznymi. Określa się je przez podanie charakterystycznego gatunku ryby. Kraina pstrąga odpowiada odcinkowi przyźródłowemu, gdzie wśród rwącej, zimnej, dobrze natlenionej wody, z kamienistym dnem i licznymio wodospadami, może się utrzymać niewiele gatunków. Rzeka płynie tu zazwyczaj dnem wąskiej doliny. Poniżej rozciąga się kraina lipienia. Koryto nie zajmuje już całej doliny. Woda, wciąż jeszcze dobrze natleniona, płynie nieco spokojniej. Przy żwirowatym dnie pojawiają się warkocze roślin naczyniowych, bogatszy jest świat żyjątek. Odpowiednio też przybywa gatunków ryb: miętus, kleń, świnka. Potem jeszcze żyźniejsza, głębsza i spokojniejsza kraina brzany. Rzeka meandrująca we wcale już obszernej dolinie daje schronienie wszystkim niemal gatunkom, ze zdecydowaną przewagą prądolubnych. I wreszcie kraina leszcza: woda całkiem ciepła i słabo zwłaszcza przy dnie natleniona, leniwie się toczy szerokim i głębokim korytem w rozległej dolinie. Dno, obficie pokryte osadami organicznymi, stanowi idealne podłoże dla bogatej roślinności. Wśród niej uwija się rozliczny bezkręgowy drobiazg denny, służący za pokarm dla ogromnie zróżnicowanego rybostanu; brakuje jedynie gatunków wybitnie tleno- i zimnolubnych, jak pstrąg. Podział ten zawsze był płynny. W większości wypadków z trudem dawał się zastosować do opisu poszczególnych rzek. Teraz bardziej niż kiedykolwiek oddaje raczej życzenia niż rzeczywistość. Nawet znacznie prostszy: na część potokową (krainy pstrąga i lipienia) oraz rzeczną (brzany i leszcza) okazuje się czasem zbyt wyszukany, Sprawiły to smutne zdobycze cywilizacji: mieszkaniowa i rekreacyjna zabudowa górnych biegów rzek, rozwój przemysłu, hodowli, przetwórstwa, pobór kruszywa z górskich potoków, regulacje i przegradzanie. W części nizinnej znów większość rzek ulega prostowaniu, wygładzaniu koryta; jedynym elementem wyróżniającym stają się główki (ostrogi), czyli poprzeczne tamy wypuszczane w stronę nurtu, dla skierowania go pod przeciwległy brzeg. Niemniej zdarzają się jeszcze rzeki górskie i podgórskie, których szeroko rozlane płytkie odcinki o równym nurcie (płanie) przechodzą w bystrza (szypoty) o spadku większym, a więc prądzie szybkim, gdzie woda raz się przelewa przez kamieniste wypłycenia (garby) lub przeciska między otoczakami i blokami skalnymi, tworząc za nimi warkocze szybszego prądu (zwary), to znów wiruje spokojnie nad zagłębieniami w dnie obszernymi plosami i ciaśniejszymi betami. Niektóre z tych form można także spotkać w bystrych pstrągowych rzeczkach północy. Przykładowy odcinek takiego koryta, dość jeszcze typowy na Podhalu, przedstawia. Na nizinach z kolei spotyka się jeszcze rzeki, których koryto nie wszędzie ma postać równej rynny. Raz po raz dno wznosi się, tworząc rozległe wypłycenie, czyli przemiał, kończące się nagłym pogłębieniem, czyli przykosą. Co jakiś czas pojawia się większy dół lub przeciwnie wyraźny próg. Formy te wykształcają się najczęściej przy ujściu Większych lub mniejszych dopływów, a także w miejscach zmiany charakteru gruntu, co często można poznać po wyglądzie brzegu. Przy zewnętrznej stronie ostrzejszego łuku, pod wysoką tu burtą brzegową, powstaje zakole czyli zakręt nurtu, głęboki, o nieregularnym prądzie. Przy tych szczególnych punktach koryta można oczekiwać stanowisk ryb. Wiele z nich bowiem wybiera miejsca, w których można się utrzymać niewielkim nakładem energii, a zarazem korzystać z dobrodziejstw prądu: natlenienia, obfitości niesionego z nurtem pożywienia. Często będą to obszary martwej wody przed lub za wyniesieniami dna, prądowe cienie przeszkód podwodnych kamieni, zatopionych pni itd. Dodatkowo dostarczają one osłony, zaspokajając naturalną skłonność do maskowania się. Warstwa wody stojącej lub bardzo wolno płynącej utrzymuje się także tuż przy dnie, zwłaszcza w pobliżu choćby niewielkiego zagłębienia. Jeśli na odcinku gładkiego dna wypadnie ono poniżej kępy zarośli, korzyść staje się obopólna. Ryba ma wygodne stanowisko w pobliżu spiżarni, z której raz po raz odrywa się jakiś jadalny kąsek i spływa wprost na nią. Wędkarz zaś znajduje tu łowisko nie tylko obiecujące, lecz także dogodne. Urozmaiconą rzeźbą dna i krętym kształtem koryta cechuje się coraz mnie rzek. Znacznie częściej mamy do czynienia z odcinkami częściowo lub całkowicie uregulowanymi. W pierwszym wypadku można jeszcze liczyć na okolice główek. Powstają przy nich atrakcyjne miejsca łowiskowe. W drugi: wypadku pozostają, jako miejsca szczególne, krawędzie faszynowych materacy, wyrwy w kamiennej wykładzinie lub przeciwnie skupiska kamieni, które przy sypaniu umocnień potoczyły się dalej. Czasem jeszcze kępy roślinności resztki budowli wodnych, wyrwy w brzegu. Jeziora cechuje zróżnicowanie znacznie większe. Mieszanie wód przebiega stopniu nierównie mniejszym niż w rzekach. Ruch spowodowany wiatrem obejmuje tylko wierzchnie warstwy. Wymiana większych mas wody następu tylko w okresach przemieszczenia wiosennego i jesiennego, kiedy to przy powierzchni osiąga ona temperaturę 4°C. Jest wówczas najcięższa. Opada więc, wypychając ku górze warstwy niższe: jesienią cieplejsze, wiosną chłodniejsze. Przez zasadniczą część roku trwa bezruch, sprzyjający ukształtowaniu się w misie jeziora trzech stref, wyraźnie się różniących warunkami życiowymi. Jedna to litoral, czyli strefa przybrzeżna, o głębokości nie przekraczającej na ogół kilku metrów; z rzadka dochodzi do ośmiu, a nawet dziesięciu. Czynnikiem przesądzającym jest odległość, na jaką światło przenika w ilościach wystarczających do pobudzania fotosyntezy, a więc i wytwarzania substancji organicznej. W części płytszej (ławicy), prześwietlonej najmocniej, rośliny rozwijają się bujnie (tzw. pasmo oczeretów). Wraz z nimi zaś bezkręgowce, stanowiące pokarm dla licznych gatunków ryb, których w tej strefie najwięcej. Najniżej sięgające pasmo roślinności, tzw. łąki podwodne, kończy się przeważnie już na stoku ławicy. Poniżej dno zalegają tylko ławice muszli. Dalej rozciąga się profundal, czyli strefa głębinowa. Światło praktycznie tu nie dociera, tlen w ilościach znikomych. W głębszych miejscach częstokroć gromadzi się siarkowodór, powstały w procesie gnicia różnych szczątków. Dno zalegają osady, opadłe z warstw wyższych. Jeśli już coś tam żyje, to żywi się pokarmem pochodzącym z pozostałych stref; profundal jest strefą prawie martwą. Ryb w nim na ogół niewiele; ale jeśli już są, to przeważnie okazy. Ponad nim rozciąga się pelagial, czyli strefa otwartej wody (ploso, toń). Prześwietlona tak samo jak litoral, nie daje roślinom oparcia o dno. Występują tu więc tylko w postaci planktonu, unoszącego się biernie w wodzie. On zaś dostarcza tlenu, którego zresztą w tej strefie sporo pochodzi także z powietrza. Służy też za pokarm rybom planktonożernym z natury (jak sielawa) lub z racji wieku (żywi się nim narybek wielu gatunków). Za tym drobiazgiem z kolei uganiają się nie które drapieżniki. Tak więc pelagial, choć nie tak rybny jak litoral, jest jednak wędkarsko atrakcyjniejszy od profundalu. Te zasadnicze trzy elementy łączą się w poszczególnych jeziorach w najróżniejsze układy. W głębokich, o stromych stokach, litoral bywa ledwie zaznaczony; reszta to profundal i pelagial. W płaskiej patelni z kolei cała misa jest jak gdyby jedną wielką strefą przybrzeżną. Brak strefy głębinowej wynika ze względów oczywistych. Toń natomiast w żadnym punkcie nic jest pozbawiona podłoża dla roślinności zanurzonej, nigdzie więc monopolu na wytwarzanie substancji organicznej i tlenu nie zyskuje plankton. Wyniesienie dna z dala od brzegu (tzw. górka podwodna) także stwarza warunki zbliżone do przybrzeżnych. Powstaje więc coś w rodzaju litoralu śródjeziornego. Słownikowo biorąc brzmi to nieco paradoksalnie, podobnie jak np. kolorowa bielizna. Ale uzasadnienie swoje ma. Istotnym czynnikiem wpływającym zarówno na kształtowanie się misy jeziora, jak i na warunki życia w nim, jest stopień jego zestarzenia, za którego miarę przyjmuje się stopień żyzności, zwany też trofią. Najbliższe stadium pierwotnego jeziora mało żyzne, czyli oligotroficzne, niemal u nas nie występują: kilka tatrzańskich (choć już o Morskim Oku trudno to powiedzieć), Hańcza na Pojezierzu Suwalskim. Jeziora średniożyzne, czyli mezotroficzne, jeszcze gdzieniegdzie można znaleźć: Wigry, Gołdapiwo, Miedwie i kilka mniejszych. Dzięki obecności składników mineralnych, spłukiwanych z otoczenia lub nanoszonych wiatrem, życie jest w nich ogólnie bogatsze, litoral mocniej porośnięty; w głębszych miejscach zdarzają się już warstwy wody pozbawionej tlenu. Spotkać można okoniowate i szczupaka, w pobliżu zarośli także różny inny drobiazg. W toni żyją planktonożerne siejowate. Jeziora żyzne, czyli eutroficzne, zdecydowanie u nas przeważają. Użyźniające sole mineralne pochodzą już nie tylko ze źródeł naturalnych; w ogromnej części dostarcza ich działalność człowieka. Dzięki nim bujnie się rozwija roślinność zanurzona i wynurzona, a także plankton roślinny. Powoduje on mętnienie wody, światło więc przenika wiej głąb w niewielkich ilościach. W niższych warstwach fotosynteza nie zachodzi, natomiast mineralizacja obumarłych szczątków pochłania wielkie ilości tienu. Z jego braku częstokroć wręcz nic przebiega do końca. Jej produktem staje się wówczas między innymi wspomniany siarkowodór, zalegający przy dnie. Ono samo jest pokryte grubymi warstwami osadów. W nich żyją o ile warunki jeszcze pozwalają liczne bezkręgowce. W warunkach tych nie mogą już bytować siejowate, ustępują też częściowo okoniowate i szczupak. Plenią się natomiast liczne karpiowate, zwłaszcza leszcze i płocie. Już z tej pobieżnej charakterystyki widać, że w bujnym rozkwicie życia kryje się zapowiedź śmierci zbiornika. Bliskie jej są wysokożyzne zbiorniki typu stawowego (politroficzne). Tlen występuje w nich już tylko przy samej powierzchni (bywa, że już na głębokości 10. a nawet 5 cm go brakuje). Woda jest nie tylko wy- bitnie mętna, ale i zabarwiona na kolor od żółtozielonego do brązowego z powodu zakwitów glonów z grupy sinic. Roślinność wynurzona obfita; jezioro wręcz zarasta. Zanurzona natomiast uboga. Muł denny początkowo licznie zasiedlony bezkręgowcami słabo zróżnicowanymi gatunkowo (głównie ochotkowate); potem i one zanikają. Z ryb jedynie wysoko odporny na niedotlenienie karaś utrzymuje się w ilościach znaczących. Wymiarów większych i on jednak tu nie osiąga. Niejako boczną linię starzenia reprezentują zbiorniki dystroficzne. Powstają z oligotroficznych, rzadziej z mezotroficznych, w braku wapnia? czyli przy kwaśnym odczynie wody. W odróżnieniu od bogatej w nie Skandynawii, której myśmy wraz z lodowcem zabrali ten zasadowy pierwiastek, w Polsce nie ma wielu takich jeziorek. Najczęściej można je spotkać w lasach lub wśród kwaśnych torfowisk północnej i wschodniej części kraju. Woda jest w nich uboga, nieprzezroczysta i barwy żółtobrunatnej a to z powodu wysokiej zawartości kwaśnych substancji humusowych (powstałych z rozkładu roślin). Głęboko w misę częstokroć wchodzą nawisy mchów torfowców. Miewają do kilku metrów grubości, ale lepiej na taki nie wchodzić. Bujanie się pod stopami świadczy, że pod nim znajduje się woda; przerwanie może się okazać fatalne w skutkach. Nie ma zresztą i po co się pchać. O jakiekolwiek ryby w tych warunkach naprawdę trudno. Wędkarza, jak widać, najbardziej interesują jeziora umiarkowanie eutroficzne. Taki charakter miewają też fragmenty zbiorników o innym charakterze. Itak np. ciągle jeszcze (jak długo?) mezotroficzne Wigry są otoczone licznymi zatokami, czasem niemal samodzielnymi jeziorkami, wyraźnie eutroficznymi. Bywa, że jeden stok, stromy, ma wszelkie cechy średniożyznego z przezroczystą, szafirową wodą przeciwległy zaś, płaski, okaże się mocno zarośnięty, o toni zielonożółtej i mętnej. Także w karasiowym bajorku uda się czasem znaleźć oczko całkiem jeszcze znośne, niezbyt zeutrofizowane. Przy tej różnorodności trudno o jakieś uogólnienia co do stanowisk ryb z wyjątkiem oczywistej wskazówki, że największe ich skupisko przypada na litoral oraz formy do niego zbliżone: górki podwodne, płaskie dna jezior wypłaconych, zatoczki grążelowe. Przypomnijmy, że w jeziorach mieszanie wody przebiega w stopniu znacznie mniejszym niż w rzekach, nawet w dolnym biegu krainy leszcza. Toteż i znacznie wyraźniej uwarstwiają się partie o warunkach tlenowych i cieplnych dogodnych dla tego czy innego gatunku. Zbiorniki zaporowe, jako twory jezioropodobne powstałe przez przegrodzenie rzeki, łączą w pewnym stopniu cechy obu tych łowisk. Co przeważy to zależy od warunków miejscowych. Od nich też zależy wędkarski charakter wody czy będzie zbliżona do jeziora górskiego, czy do nizinnego, czy darzy rybostanem rodem z krainy lipienia, czy leszcza. W zbiornikach naturalnych, jeziorach, istnieją mechanizmy obronne. Pozwalają one w jakimś stopniu przeciwdziałać ujemnym wpływom otoczenia. Do pewnej granicy zobojętniają skutki zanieczyszczeń. Nie tylko trujących wprost, lecz także użyźniających, eutrofizujących. Zbiorniki zaporowe, jako twory sztuczzane, mechanizmów takich nie wykształcają. Szczególnie dla nich dotkliwa jest niemożność uformowania trwałej roślinności przybrzeżnej. Przeszkadzają częste wahania poziomu wody. Skutkuje to nadzwyczaj szybkim następstwem stadiów rozwojowych. Z reguły po krótkotrwałym (kilkuletnim) stadium niby-mezotrolicznym, cechującym się żywiołowym rozwojem szczupaka, zbiornik przechodzi w znacznie trwalsze niby-eutroficzne, kiedy to przeważającą rybą drapieżną staje się sandacz. Niezależnie, rzecz jasna, od reszty rybostanu. Z tychże powodów trudno rozmieszczenie stanowisk ryb ująć w jakieś ogólne reguły. Jedyny wyjątek to trzymanie się okazów w okolicy starego koryta. Reszta silnie zależy od charakteru zbiornika, ukształtowania dna, wielkości wahań poziomu wody itd. Starorzecza powstają przez odcięcie fragmenale tu koryta. Czasem leżą bardzo daleko od nowego łożyska. Właściwości tych zbiorników w znacznym stopniu zależą od związków z macierzystą rzeką. Jeśli łączą się one okresowo (np. podczas przyboru) lub dzieli je podłoże przesiąkliwe, pozwalające na przesączanie wody, to biologia i rybostan starorzecza niewiele odbiegają od rzecznych. Staje się ono wówczas łowiskiem wymarzonym bogatym w gatunki, a zarazem względnie łatwym wędkarsko. Jeśli się z rzeką nie łączy ani górą. ani dołem, przyjmuje charakter zbiornika politroficznego, zazwyczaj w posuniętym już stadium rozwojowym, bliskim obumarcia. Stawy, a także wyrobiska pożwirowe czy glinianki, to twory całkiem sztuczne. Zazwyczaj cechują się regularnymi kształtami. Rzadko zostawia się je samym sobie. Zwykle stanowią przedmiot wyraźnie ukierunkowanego zagospodarowania. Częstokroć prowadzi się je z całkowitym pominięciem naturalnej produktywności: żyje to, co wpuszczono, a czego jeszcze nie odłowiono. Rybostan bywa zgoła fantazyjny. Miejsca gromadzenia się ryb także zależą nierzadko od rozmieszczenia stanowisk wędkarskich czyli na odwrót niż w łowiskach naturalnych. Przykład ich umiejscowienia jest pokazany na. Kanały, mimo iż powstały jako twory sztuczne, często upodabniają się do odpowiedników naturalnych. Tak np. Kanał Rudzki, który miał krótszą drogą połączyć rzekę Ełk z Biebrzą, całkiem przejął jej wody. Toczy je rwącym, nieregularnym nurtem, podczas gdy pierwotne łożysko przemienia się w zarastające starorzecze. Podobnie Kanał Piastowski, łączący Zalew Szczeciński z Bałtykiem, przybrał charakter rzeki, tyle że całkowicie uregulowanej. Szybki prąd i faszynowe umocnienia dna podkonińskich kanałów doprowadzających i odprowadzających wody chłodnicze z i do elektrociepłowni też nadają im wszelkie cechy łowisk rzecznych. Z kolei prawie stojące wody kanałów mazurskich czy żuławskich sprawiają, że niewiele odbiegają one od stawów czy wyrobisk. Przybrzeżne wody Bałtyku stanowią łowisko całkiem odrębnego rodzaju. Powyższy pobieżny przegląd dotyczył raczej biologiczno-wędkarskiej wartości poszczególnych wód. Niemniej już z niego daje się wyczytać, jak wiele zagrożeń czyha na nie. Obowiązkiem każdego jest je znać i w miarę możności im przeciwdziałać. Przynajmniej zaś nie przyczyniać się do niszczycielskiego dzieła. A wbrew rozpowszechnionemu mniemaniu nie zatrucia przemysłowe stanowią za- grożenie zasadnicze. Nie miej od nich szkodliwe zwłaszcza dla jezior są ścieki bytowe i turystyczne, rolnicze i pochodzące z przetwórstwa spożywczego. Nie tylko ścieki. Dość pospolitą praktyką pozostaje wrzucanie do wody resztek zanęty lub pozostałości pobiwakowych: Niech się dokarmi. Nawet jeśli te prezenty nie skwaśnieją, tylko zostaną wyj edzone przez rozpleniony rybi drobiazg, to i tak się przyczynią do zwiększenia ogólnej ilości biomasy w jeziorze, czyli do jego dożyźnienia. A to, jak napisaliśmy, największa bodaj zmora. Warto przy tej okazji zwrócić uwagę, że zarastanie jeziora to skutek, a nie przyczyna. Dlatego nieporozumieniem było swego czasu zarybianie amurem, w oczekiwaniu, że powycina on roślinność niczym żywa kosiarka. Choć rzeczywiście, wycinał. Tyle że nie zmniejszyło to zagrożenia związanego z przeżyźnieniem. Przecież substancja organiczna w całości pozostawała w miejscu. Spowodowało natomiast zanik roślinności przybrzeżnej stanowiącej filtr ochronny i dostarczającej miejsc tarliskowych wszystkim niemal gatunkom. W stosunkowo najlepszej sytuacji pozostają rzeki. Ciągły ruch wody ułatwia natlenienie, ono zaś umożliwia samooczyszczanie. Do pewnych granic, oczywiście. Nawet jednak po ich przekroczeniu (np. uraczeniu rzeczki nadmierną dawką tlenożernej serwatki) wiele jest po jakimś czasie do uratowania, byle wstrzymać dopływ zanieczyszczeń. To, co się dostało, zostanie spłukane niżej. Względna to wprawdzie pociecha; ostatecznie wszystko trafi do morza, a jego pojemność też jest ograniczona. Niemniej rzeka się goi. Za przykład może posłużyć Odra. Jeszcze dziesięć lat temu uznawana za ściek. Teraz po kilku latach przemian gospodarczych, w toku których jedne działy przemysłu ulegały likwidacji, inne się cywilizowały należy do najrybniejszych łowisk w Polsce. Cokolwiek natomiast wpłynie do jezior, zostaje. Na trwałe włącza się do obiegu materii. To, co się usunie w postaci rybiego mięsa czy zżętej trzciny, to zaledwie nikły ułamek tego, co nieustannie wpływa zmywane z pól, nawiewane wiatrem, dostarczane ze ściekami, a choćby wrzucane z zanętą. Tu zwyczajne oczyszczalnie nie pomogą. Nawet po stopniu biologicznym wprowadzają bowiem sole użyźniające, tzw. biogeny te zaś umożliwiają rozwój życia; a ono właśnie jest Dla jeziora zabójcze. Eutrofizacji może przeciwdziałać dopiero oczyszczanie chemiczne, pozbawiające soli biogennych. Ale i ono, prócz tego że drogie, ma skuteczność ograniczoną. Można nim bowiem, jak zresztą każdym innym, objąć tylko zanieczyszczenia punktowe, wpływające w konkretnym miejscu np. przy wylocie kanalizacji. Jak zaś wiemy, równie szkodliwe są obszarowe, dostające się zewsząd. Rolę swego rodzaju filtru przed nimi chroniącego odgrywa roślinność strefy przybrzeżnej, zarówno lądowa jak i wodna. Szczególnie skuteczny jest sit jeziorny (szczypiorek). Obsadzone nim rowy w wielu miastach Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych służą za oczyszczalnie. Wniosek stąd dla wszystkich korzystających z brzegów: strefa nadbrzeżna, ten naskórek jeziora, powinna zostać uznana za świętą. Żadnego wycinania, wygniatania, choćby nie wiadomo jak przeszkadzały nawisłe gałęzie czy zbyt gęste trzciny. Nawet ozdobnych pałek nie należy zbierać. Tych kilka sztuk ? niby nic; ale jeśli pomnożyć przez tysiące chętnych... Chyba że po okresie wegetacji, czyli późną jesienią. Wtedy to nawet może przynieść zbiornikowi korzyści. Niewielkie, co prawda, bo i taka skala. Ale jednak. Oprócz czynników wpływających na stan samej wody liczą się inne, zakłócające naturalną odporność poszczególnych ekosystemów (zespołów złożonych z nieorganicznego otoczenia oraz organizmów żywych: rzeka, jezioro, staw). Takie są np. skutki regulacji rzek. Prostowanie biegu i obudowywanie brzegów wydatnie zmniejsza zdolność samooczyszczania. To jeden z powodów, dla których nasze rzeki, choć z natury swej ekologicznie odporne, znalazły się w większości w stanie katastrofalnym. Gładkimi łożyskami woda (a mamy jej bardzo mało) spływa bezużytecznie. Ryby tracą siedliska. Niszczeją ich obszary tarliskowe i miejsca bytowania narybku. W części podgórskiej i górskiej podobne skutki wywołuje niszczenie koryta wskutek wydobywania kruszywa. Dla jezior, jak już wspomnieliśmy, takim czynnikiem zakłócającym jest niszczenie strefy brzegowej, między innymi wskutek użytkowania rekreacyjnego. A przypomnijmy, że właśnie litoral stanowi zasadnicze miejsce rozrodu dla wszelkich żyjących w zbiorniku gatunków także głębinowych i toniowych. Dbałość o ekosystemy wodne nie powinna się zaczynać nad nimi samymi. Wszelkie działania ludzkie mniej lub bardziej bezpośrednio wpływają na stan rzek i jezior. Czy to rozrzutne korzystanie zwody, czy jeżdżenie samochodem po zapałki, czy otaczanie się coraz nowymi fatałaszkami wcześniej lub później odbijają się na jakości i rybności każdego z łowisk. No, ale tu już wchodzimy w sferę ogólnej kultury obcowania z przyrodą, co wykracza poza ramy książki. Wypada natomiast nieco uwagi poświęcić zagospodarowaniu wód, czyli utrzymaniu należytego stanu pogłowia ryb. W zbiornikach wykorzystywanych wędkarsko jest to szczególnie trudne. Oprócz bowiem zmian zachodzących na skutek zanieczyszczania, eutrofizacji i innych czynników pogarszających jakość ekosystemów (degradujących je), mamy do czynienia z wybitnie jednostronnym oddziaływaniem wędki jako narzędzia połowowego. Z samej natury można na nią łowić tylko niektóre gatunki. Spośród nich zaś wędkarze nastawiają się na najcenniejsze, a zarazem najpodatniejsze na ujemny wpływ zmian środowiskowych. W dodatku najwyżej cenią co całkiem zrozumiałe łowienie okazów szczególnie walecznych. Ubywają więc przede wszystkim osobniki najżywotniejsze, co dodatkowo sprzyja zachwianiu równowagi biologicznej. Wody, nawet na wagę całkiem rybne, stają się dla samych wędkarzy nieatrakcyjne. Przeciwdziałanie temu wymaga: z jednej strony regulowania wielkości i kierunku presji wędkarskiej, z drugiej właściwych zabiegów gospodarczych. Pierwszemu służą wspomniane ograniczenia prawne, w postaci ochrony gatunkowej oraz limitowania połowów. Co prawda współczesna nauka nad ochronę gatunków zdecydowanie przedkłada ochronę ekosystemów; ale dobre i to. Zabiegi gospodarcze to głównie odłowy i zarybianie. Na temat obu panuje wiele nieporozumień. Odłowy mają na celu nie tylko uzyskiwanie ryb. Utrzymują także równowagę w ich pogłowiu, przeciwdziałają jej nadmiernemu zachwianiu wskutek jedno: stronnej eksploatacji wędkarskiej. W połączeniu z pogarszaniem się warunków środowiskowych prowadzi ona do zanikania gatunków cennych, tak drapieżnych (okoniowate, szczupak), jak i spokojnego żeru (siejowate, duże karpiowate). Pleni się drobiazg, chwast, wypierający ryby pożądane. Trzeba go usuwać. Tymczasem wędkarze takie nieodzowne odłowy sieciowe traktowali jako zamach na sobie należny rybostan. Każdy wywoływał wybuchy wściekłości. Chora zasada nieograniczonej powszechności wędkowania, obowiązująca dziesiątki lat, zerwała w ich świadomości związek między korzystaniem z wód a prowadzeniem na nich racjonalnej gospodarki. Jakoś nie dawało im do myślenia, iż sami woleli słono płacić za łowienie na jeziorach PGRybowskich, rabunkowo ich zdaniem odławianych, niż za darmo korzystać z łowisk PZW, skutecznie bronionych przed siecią. Redaktor naczelny miesięcznika wędkarskiego, który próbował tę niechcianą wiedzę spopularyzować, musiał się pożegnać ze stanowiskiem. Pisał później o tym jako autor ?Wędkarstwa nowoczesnego?. No i przyszłość potwierdziła słuszność przestróg. Dziś już nie ma znienawidzonych PGRybów, a z nimi odłowów selekcyjnych (odchwaszczalących). Rozpleniły się skarłowaciałe populacje gatunków pospolitych. Niemal ustało również zarybianie szlachetnymi, którego wówczas jakoś nie chciano zauważyć. Dzierżawcy nie myślą, jak rybak, o przyszłości. Kierują się prostą zasadą odłowić i przenieść się gdzie indziej. Toteż zanika sielawa, w łowiskach niegdyś atrakcyjnych trudno dziś znaleźć coś więcej niż drobne płocie czy krąpie. Odłowy sieciowe (lub agregatami prądotwórczymi; prowadzone umiejętnie, ostrożnie i zgodnie z przepisami dają skutek ten sam, a nawet lepszy) dostarczają dodatkowo ważnych informacji o pogłowiu ryb. Te zaś nie tylko są nieodzowne do poprawnego i możliwie taniego prowadzenia dalszej gospodarki. Stanowią także pierwszy sygnał o zmianach środowiskowych; zwłaszcza w jeziorach, umierających przecież powoli, niedostrzegalnie. Kiedy przekroczenie bezpiecznego jeszcze poziomu biogenów staje się na tyle duże, że daje się stwierdzić badaniami chemicznego składu wody, jest już z reguły za późno. Zbiornik wszedł w agonię. Zarybianie jest zabiegiem nie mniej nieodzownym. Nie w każdych jednak warunkach i nie wobec każdego gatunku. Tymczasem nierzadko spotykało się błędy tak rażące, jak obejmowanie nim leszcza i płoci, których liczebność przeważnie należałoby raczej ograniczać. I przeciwnie: zarzucano zarybianie szczupakiem czy linem, bo nie zauważano, by dawało wyraźny przyrost połowów. Dopiero kiedy całkiem go zaniechano, okazywało się, że pogłowie tych ryb zanika. Pozornie nieskuteczny zabieg hamował ten proces, powodowany niekorzystnymi zmianami środowiska. Nie chodzi o tony wpuszczonego materiału zarybieniowego. Trzeba raczej dążyć do wykorzystywania go w możliwie największym stopniu. Przed zarybieniem powinno się więc dobrze rozpoznać zbiorniki pogłowie żyjących w nim ryb (odłowy kontrolne). Wprowadzać gatunki, które znajdą w tej wodzie dobre warunki i będą szybko rosnąć, a których naturalne pogłowie zanika lub z jakichś powodów wymaga wzmocnienia. Lepsze wyniki osiąga się wprowadzając mniejsze dawki systematycznie, niż duże, lecz rzadko i nieregularnie (akcje uderzeniowe). W większości wypadków materiał najmłodszy (ikra, wylęg) lub wyraźnie starszy (narybek, dłoniaki) przyjmuje się lepiej niż tzw. podchowany. Dawki trzeba ustalać indywidualnie dla każdego ekosystemu, a nawet jego części. Przede wszystkim zaś: prowadzić zarybianie tam, gdzie ryby mają dobre warunki wzrostu, lecz złe rozrodu. Dlatego szczególnego znaczenia nabiera ono w zbiornikach zaporowych. Uściślijmy też, że przez zarybianie rozumiemy wprowadzanie gatunków, które mają wzrastać w warunkach naturalnych. W wędkarskich stawach czy wyrobiskach warunki życia stwarza się często sztucznie: przez dokarmianie, dotlenianie itd. Wówczas można wprowadzić niemal każdą rybę. Najchętniej w postaci od razu gotowej do odłowienia. Nie nazwiemy jednak tego zabiegu zarybieniem; raczej obsadzeniem. Taka praktyka jest obecnie często stosowana w płatnych łowiskach wędkarskich.

Pogoda

Niedziela, 05 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 8 °C do 16 °C

Kierunek wiatru: północno-wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 12.62°C

Wschód: 05:59
Zachód słońca: 19:21

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 1 gość.