Łowienie
Łowienie Mierzenie głębokości najlepiej przeprowadzić bez śrucin. Wystarczy odpowiednio obciążyć haczyk. Na żyłkę natomiast nakładamy spławik w wersji przelotowej (bez względu na to, jak mamy zamiar potem łowić), powyżej niego zawiązując węzeł stopujący. Właściwy zestaw zmontujemy dopiero po wymierzeniu głębokości, kiedy już będzie wiadomo co i gdzie. Unikniemy w ten sposób konieczności przemieszczania śrucin już zaciśniętych, co nigdy żyłce nie służy (pomijając już kwestię zbędnego nakładu pracy). Z pełnym zestawem warto sondować tylko wtedy, kiedy już go mamy i tylko trzeba wnieść nieznaczne poprawki. Na przykład - chcemy nieco zmienić miejsce łowienia albo zmianie uległ poziom wody (częste w okolicach zapór). Dodatkową zaletę mierzenia głębokości ze spławikiem przelotowym stanowi to, że zestaw z nim ma mniejszą skłonność do odchylania się, przybierania pozycji ukośnej. Pomiar jest więc poprawniejszy. Co prawda, przy łowieniu odległościowym nie ustalamy głębokości z dokładnością niemal milimetrową, jak przy spławikówce klasycznej. Co więcej: ponieważ nastawiamy się na ryby duże, często wręcz wskazane bywa, by 10- czy 20-centymetrowy odcinek przyponu spoczywał na dnie. Niech to jednak wyniknie ze świadomego przegruntowania, a nie z błędu pomiaru. W wodzie stojącej sprawa jest prosta. Sonda powinna być lekka; wystarczy duża śrucina z zaciśniętą pętelką z gumki. Łagodzi ona szarpnięcia przy zarzucaniach - licznych i ze zwiększonym obciążeniem. Jeśli zaś się zdarzy, że gruntomierz uwięźnie w dnie, łatwo ją zerwać. Nie grozi, że pierwszy przypon utracimy, zanim jeszcze zaczniemy łowić. Węzeł ograniczający umieszczamy w dowolnym, na wyczucie wybranym miejscu żyłki i wędkę zarzucamy. Zależnie od tego, czy spławik się wykłada, czy mimo poluzowania żyłki tonie (przy napiętej może tonąć w razie przegruntowania), przesuwamy węzeł w dół lub w górę i rzuty ponawiamy, aż osiągniemy właściwą pozycję antenki (przy żyłce poluzowanej, oczywiście). Głębokość to mało. Trzeba jeszcze zapamiętać miejsce, w którym ją pomierzyliśmy. Jeśli nie ma żadnych punktów szczególnych, to pozostaje ustalić dwie współrzędne, żeby użyć terminu matematycznego. Jedna to kierunek. Ten najlepiej odnieść do charakterystycznego punktu na drugim brzegu, o ile jest widoczny. Jeśli nie - bo mgła, mżawka czy inne licho - trzeba zaprząc pomysłowość. Druga współrzędna to odległość. Można ją odznaczyć na żyłce: za pomocą przesuwnego węzełka albo -jeszcze lepiej - przez namalowanie na niej paska trwałym mazakiem typupermanent (foliopisem). Ma się on znaleźć na przykład tuż przy kołowrotku, kiedy zestaw jest na miejscu. Można też na szpuli: za pomocą opaski z cieniutkiej gumy (np. z balonika). Nałożymy japo zarzuceniu wędki. Potem będzie za każdym razem hamowała wybieg żyłki we właściwym momencie. W wodach bieżących pomiar jest znacznie trudniejszy. Przy luźnej żyłce prąd pcha spławik i nie sposób głębokości ocenić. Sonda w tym wypadku powinna być cięższa. Najlepiej używać stożka, takiego samego jak przy metodzie klasycznej. Sposób polega na tym, że zestaw opada skośnie, spławikiem pod prąd w stosunku do ciężarka. Osiąga się to energicznym ruchem szczytówki w tymże kierunku, w chwili kiedy sonda opada na powierzchnię. Rzecz do opanowania. Gdy gruntomierz oprze się o dno, prąd wody zacznie przenosić spławik do przodu, a jednocześnie siła wyporu spowoduje jego unoszenie. W wyniku tych dwóch oddziaływań zatoczy on łuk o promieniu równym odległości od haczyka. Jeśli ta odległość będzie mniejsza niż głębokość łowiska, wszystko odbędzie się pod wodą i spławika nie ujrzymy. Jeśli będzie większa, czyli zestaw będzie prze-gruntowany, spławik przez jakiś czas przepłynie leżąc na powierzchni. Jeśli natomiast grunt będzie w sam raz, szczytówka anteny pokaże się na krótko w chwili, kiedy zestaw przybierze pozycję bliską pionowej. Z dużej odległości łatwo to przegapić. Dlatego na początek warto szczytówkę antenki uwidocznić, nakładając na nią jaskrawo pomalowaną kostkę z pianki poliuretanowej lub twardego styropianu. Ma ona sześć ścian i w każdej można wywiercić otwór innej średnicy. Nią jedną obsłużymy zatem sześć różnej grubości szczytówek. Zazwyczaj wystarczy to do całego posiadanego zestawu spławików. Nęcenie przy odległościówce odbiega od stosowanego w metodzie klasycznej. Tam zestaw opada w praktycznie stale to samo miejsce (wody stojące) lub przemierza za każdym razem tę samą drogę (przepływanka). Zanętą staramy się ryby skupić tak, aby późniejsze łowienie - przejaskrawiając nieco - przypominało wyjmowanie po sztuce z niewielkiego wiaderka. Przy rzutach kilkudziesięciometrowych trudno tak dokładnie trafić wędką zawsze w ten sam punkt. Zresztą, nastawiamy się z reguły na ryby większe, a więc mniej skore do tworzenia zwartych stad. Toteż za wystarczające można uznać, jeśli zanęta pokryje obszar o promieniu nie przekraczającym 1-1,5 m. W nurcie układamy ją poniżej stanowiska, tak by zestaw zarzucony na wprost dotarł do niej osiągnąwszy pełną gotowość. Dalsza rzecz to charakter nęcenia. Należy unikać zanęt ciężkich; chyba że w rzekach dużych i wartkich. Na ogół kilka małych kul na początek zupełnie wystarcza, a potem już pozostaje tylko donęcać. Do czego zresztą coraz powszechniej używa się zanęt sypkich, w rodzaju białych robaczków luzem - co skądinąd znów nie sprzyja dobremu skupieniu. Jako punkt odniesienia przy celowaniu pozostaje tylko zarzucony zestaw. A jak w jego okolicę trafić - to już kwestia wprawy. Jedyna rada: ćwiczyć. Ustawić w ogródku czy gdzie indziej wiadro i z dobrej odległości celować do niego zanętą. Jeden z wędkarzy angielskich trenował rzucając do kapelusza; też dobrze. Rzucać najlepiej zgiętą ręką, zza głowy, jakby się ciskało kamień. Oczywiście, o ile nie rozporządza się procą; jej przydatność pozostaje poza dyskusją. Zarzucanie wędki, jeśli ma być celne i bez splątania, musi przebiegać płynnie i bez użycia siły. Wędzisko stanowi swego rodzaju sprężynę i trzeba to wykorzystać. Druga rzecz to stałe czuwanie nad odwijającą się żyłką. Tu istotną rolę odgrywa praca palca wskazującego lub odpowiednio do potrzeby spowalnia on wybieg żyłki, zatrzymuje całkiem lub pozwala jej ulatywać bez przeszkód. Zaczynamy od ujęcia jedną ręką wędziska przy kołowrotku. Żyłkę przyciskamy do rękojeści palcem i otwieramy kabłąk. Drugą ręką ujmujemy dół rękojeści. Oburącz wykonujemy wymach do tyłu, po czym płynnie przenosimy wędzisko nad głową do przodu. Zatrzymujemy je lekko pochylone i zwalniamy żyłkę. Lecący spławik obserwujemy bez przerwy. Powinien zakreślić łuk obszerny, ale niezbyt rozciągnięty. Toteż kiedy zbliża się do wody, zaczynamy palcem hamować żyłkę, by w ostatniej chwili zatrzymać ją całkowicie. Zestaw powinien opaść na powierzchnię wyprostowany. Jeśli pozwolimy na zbytnie wydłużenie łuku, splątanie mamy prawie pewne; jak nie w powietrzu, to przy opadaniu na wodę. Dodatkowo należy uwzględnić wpływ wiatru przeciwnego lub bocznego i rzucać raczej w kierunku, z którego on wieje. Przy łowieniu w wodzie bieżącej, dla wyprostowania żyłki wybrzuszonej pod wpływem prądu wody trzeba ją przerzucić. Jeśli mimo spełnienia wszystkich warunków poprawnego rzutu splątania zdarzają się często (od czasu do czasu przytrafi się każdemu), przyczyny trzeba szukać w zestawie: może trzeba go zmienić na cięższy, albo przynajmniej przybliżyć dolną śrucinę do haczyka lub zmienić ją na większą o numer czy dwa. Z braku miejsca na rzut znad głowy można uciec się do bocznego (jak pamiętamy, pomaga on uniknąć splątań przy obciążeniu rozłożonym) lub spod wędki. Ten drugi zaczynamy z wędziskiem trzymanym poziomo. Palcem jednej ręki przyciskamy żyłkę do szpuli i otwieramy kabłąk. Drugą ręką ujmujemy przypon kilkanaście centymetrów od haczyka. Unosimy wędzisko energicznie, z lekkim popchnięciem do przodu, i puszczamy przypon. Kiedy zestaw ze spławikiem minie szczytówkę, zwalniamy nacisk palca trzymającego żyłkę. Z chwilą gdy spławik dotknie wody, wędzisko opuszczamy. Zatrzymujemy żyłkę palcem i zamykamy kabłąk. Opadnięcie zestawu na wodę nie oznacza, że jest on gotowy do łowienia. Trzeba jeszcze zatopić żyłkę, by uniezależnić ją od oddziaływania wiatru. Dopiero w ten sposób wykorzystuje się w pełni zalety jednopunktowego mocowania wagglera. Niestety, nylon ma skłonność do unoszenia się po powierzchni, w czym znaczną rolę odgrywa zjawisko napięcia powierzchniowego. Niektórzy zatem odtłuszczają żyłkę detergentem, by łatwiej tonęła. Można sobie poradzić bez tego zabiegu, który może nie pozostawać obojętny dla jej wytrzymałości. Wystarczy zarzucić zestaw nieco dalej, poza pole łowienia. Następnie, kiedy spławik stanie, zanurzamy szczytówkę i wykonujemy kilka szybkich obrotów korbką. Jeśli odległość łowienia odznaczyliśmy na żyłce węzełkiem, to zwijając podtrzymujemy ją palcem. Kiedy poczujemy nasz znacznik, zestaw jest na miejscu. Przy znaczeniu foliopisem trzeba na żyłkę patrzeć. Jeśli natomiast używamy opaski gumowej na szpuli, to zakładamy ją tak, by do naprowadzenia zestawu na miejsce trzeba było po jego opadnięciu wykonać ustaloną liczbę obrotów korbką; powiedzmy: pięć. Czyli: rzut - spławik staje - zanurzenie szczytówki - pięć obrotów korbką (albo aż poczujemy węzełek czy zobaczymy znacznik) - uniesienie szczytówki nad wodę. To szybko wejdzie w odruch. Po takim zaś zarzuceniu wiatr może hulać jak chce. Na jego wybryki jest narażona tylko niewielka wystająca z wody część anteny. Reszta pozostaje zanurzona, nie licząc krótkiego odcinka żyłki przy wędzisku; ale to wystarczająco daleko od spławika. Kontakt z zestawem pełny, żadnych wybrzuszeń żyłki, znoszenia. Zacinanie - bez zwłoki. Łowiąc ze spławikiem przelotowym musimy uważnie śledzić jego zachowanie po opadnięciu na wodę. Najpierw powinien sterczeć wysoko albo chwilę poleżeć, jeśli nie jest wstępnie obciążony. Potem, gdy obciążenie główne opadnie i spowoduje, że węzeł ograniczający oprze się o oczko - stanąć w niepełnym zanurzeniu. Wreszcie, gdy dobije ciężarek najniższy, sygnalizacyjny, zanurza się do pozycji ostatecznej. Odstępstwa od tej kolejności mogą oznaczać splątanie. W wodzie stojącej pozostaje tylko czekać na branie, z wędziskiem lekko pochylonym do przodu. Ewentualnie jeszcze na chwilę je odłożyć na podpórki i strzelić zanętą. Co jakiś czas można lekko poruszyć zestawem, jeśli oczekujemy że sprowokuje to rybę do brania. W bieżącej spoczynku nie ma. Zestawu nie utrzymamy przecież w miejscu, bo każde przyhamowanie go żyłką spowoduje zachybotanie lub przytopienie spławika, czy fałszywe branie. Trzeba mu pozwolić spływać, zachowując jednak żyłkę napiętą i starając się, by przemieszczał się równolegle do brzegu. Praktycznie jest to możliwe tylko po zarzuceniu na wprost. Dlatego zanętę umieszczamy poniżej stanowiska. Aby żyłkę popuszczać po troszeczku, najlepiej kabłąk otworzyć i jej wysnuwanie regulować palcem. Można też inaczej. Przytrzymując żyłkę palcem, nadążać wędziskiem za spławikiem. Kiedy już nadto zbliży się ono do brzegu, zwalniamy nacisk palca i przenosimy je do pozycji wyjściowej. Tak można przeprowadzić zestaw na odcinku kilkunastu metrów, a w sprzyjających warunkach -jeszcze dalej. Przy nieco zbyt dużej odległości łowienia może się zdarzyć, że jednak pod wpływem prądu wody żyłka się wybrzuszy. Nie ma co popadać w panikę. Wystarczy co jakiś czas przerzucić ją wędziskiem w górę nurtu, aby znalazła się za spławikiem, a nie poprzedzała go. Zacięcie wykonuje się energicznym ruchem całego ramienia. Zazwyczaj wędzisko unosimy przy tym do góry. Przy łowieniu w wodzie bieżącej, kiedy zestaw znajduje się poniżej nas, lepiej zacinać ukośnie lub wręcz poziomo, tak by nie wynurzać żyłki z wody. Kiedy spodziewamy się ryb bardzo dużych, trzeba zacinać przez utrzymywanie stałego naprężenia, a nie przez pociągnięcie. Holowanie, jak zawsze przy wędce z kołowrotkiem, ma polegać napompowaniu. Unosimy wędzisko przy nieruchomym kołowrotku, następnie zaś opuszczamy, szybko zwijając żyłkę, by nie dopuścić do jej luzowania. W żadnym razie nie należy obracać korbką przy naprężonej żyłce. Do siły wywieranej przez rybę dochodzi bowiem opór tarcia na przelotkacłi. W sumie obciążenie może przeważyć nad wytrzymałością. Ponadto żyłka ulega skręcaniu, które potem prowadzi do splątań. Trzeba wreszcie mieć na względzie kołowrotek. Poddany nadmiernemu obciążeniu (ryba + opór) może ulec uszkodzeniu, a już na pewno przedwcześnie się zużywa.

Pogoda

Niedziela, 05 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 8 °C do 16 °C

Kierunek wiatru: północno-wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 12.62°C

Wschód: 05:59
Zachód słońca: 19:21

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 1 gość.