Zarzucanie nawet tradycyjnego, ciężkiego zestawu spławikowego przysparza kłopotów. Zwłaszcza jeśli wieje w twarz, a przy tym łowiącemu zależy na czymś więcej niż na trafieniu przynętą w jezioro. Jeszcze większą sztuką staje się to przy zestawach współczesnych, lekkich.
Gdzie to tylko możliwe, staramy się zresztą nie zarzucać, tylko wkładać zestaw do wody. I przynęta bezpieczniejsza, i hałasu nie ma. Tak po prostu jest to jednak możliwe raczej przy używaniu zestawu skróconego i w sprzyjających warunkach atmosferycznych. Jeśli one nie dopiszą (np. wieje niekorzystny wiatr), trzeba zarzucać. Chwytamy w tym celu wędzisko jedną ręką lub oburącz, zależnie od jego wielkości. W tym drugim wypadku trzeba je od razu ująć tak, jak będzie trzymane podczas łowienia. Późniejsze poprawianie chwytu, kiedy zestaw już w wodzie, zakłóca poprawny tok prowadzenia wędki.
Dopóki nie nabierzemy wprawy, lepiej zarzucać na dwa tempa. W pierwszym odchylamy wędzisko za siebie i upewniwszy się, że zestaw zwisa spokojnie, energicznie je przenosimy przed siebie. Energicznie, lecz bez szarpnięcia. W wypadku zresztą wędziska długiego, powyżej 7 m, skończyłoby się jego pęknięciem. Dobre wyniki daje czasem stałe przyśpieszanie ruchu. Gdyby z boku wykonać serię zdjęć stroboskopowych, czyli robionych na jednej kliszy w stałych odstępach co ułamek sekundy, to odległości między kolejnymi położeniami powinny stale wzrastać. Zatrzymujemy wędzisko w mniej więcej jednej trzeciej kąta od poziomu do pionu. Ujmując to w często używanej terminologii tarczy zegara, rzucamy od godziny 1 do 11.
Po nabraniu wprawy robimy to już bez wyczekiwania. Najpierw płynny wy-mach do tyłu (godzina 1); zestaw przy tym odchyla się jeszcze dalej. Gdy ma już pełne wychylenie - płynnie, bez użycia siły przenosimy wędzisko do przodu (godzina 11).
Przytrzymanie go w tej pozycji ma znaczenie dla opadania zestawu na wodę -ciche i we właściwej kolejności: najpierw przynęta, potem obciążenie, na końcu spławik. Nie można też jednak zatrzymać go na zbyt długo, bo skrócimy rzut.

Zarzucanie wędki: położenia wędziska w jednakowych odstępach czasu (linią przerywaną zaznaczona pozycja łowienia)
Żeby tego dopilnować, trzeba od momentu, gdy zestaw znajdzie się w polu widzenia, uchwycić go wzrokiem i już nie spuszczać z oka.
Na taki rzut, znad głowy, nie zawsze mamy wystarczająco dużo miejsca za lub nad sobą. Wtedy uciekamy się do rzutów bocznego lub spod wędki. Wędzisko trzymamy poziomo, jedną ręką. Jeśli jest zbyt długie i ciężkie na chwyt zwykły, dolnik bierzemy pod pachę. Drugą ręką ujmujemy żyłkę w pobliżu węzła przeponowego. Wykonujemy wymach w bok lub w górę, puszczając zestaw w odpowiednim momencie. Żadnego naprężenia; przy katapultowaniu, nawet jeśli je przetrzyma przynęta, cały zestaw znajdzie się od razu na spławiku.
Warunki wybitnie niesprzyjające mogą nas zmusić do zmiany zestawu na cięższy niżby to wynikało z charakteru łowiska. Właściwego po prostu nie uda się zarzucić.
Przy łowieniu w nurcie (przepływanka) celujemy zestawem tak, aby opadł nieco powyżej miejsca położenia zanęty. Dzięki temu dotrze do dna także tuż powyżej kul. Nie za dużo! Odcinek przed zanętą jest przeważnie dla łowienia stracony. Od opadnięcia zestawu na wodę do przyjęcia przez spławik właściwej pozycji mija pewien czas. Trzeba go zapamiętać. Skrócenie go albo przedłużenie świadczy bowiem, że już w locie nastąpiło branie. Oczywiście, wniosek ten jest słuszny tylko przy poprawnym zarzuceniu wędki. Przy błędnym - z zestawem mogło się stać wiele rzeczy, powodujących nietypowe zachowanie się spławika.
Łowimy tylko czynnie. Żadnego odkładania wędziska i oczekiwania na branie. Jeśli używamy podpórek, to na czas dorabiania zanęty, albo dla oznaczenia miejsca jej zarzucania itd. Trzymanie przy tym zestawu w wodzie nie ma sensu. Zresztą, nieliczne tylko ryby chętniej biorą przynętę nieruchomą. Rzadko je łowimy klasyczną metodą spławikową.
Tak więc wędkę stałe trzymamy w ręku. W wodzie stojącej co jakiś czas lekko ją podrywamy. Można też przynętę podciągać do siebie małymi skokami. Kiedy już wyjdzie poza pole zanęcone, zarzucamy wędkę ponownie, sprawdziwszy stan przynęty. Szczególnie często powtarzamy ten cykl przy łowieniu z opadu. Każde zarzucenie oznacza bowiem przeszukanie przynętą różnych głębokości.
W wodzie bieżącej zestaw musi się przemieszczać z prądem wody. Albo pozwalamy mu spływać tak daleko, jak wędzisko pozwala, albo wyciągamy po przepłynięciu metra czy dwóch -jeśli mamy podstawy sądzić, że zanęta działa na odcinku krótkim i na dalsze pływanie szkoda czasu.
Są dni, kiedy ryby chętniej chwytają przynętę biernie spływającą z prądem wody. Puszczamy wówczas zestaw swobodnie (łowimy na spław). Jedynym zadaniem łowiącego jest podążanie szczytówką za spławikiem tak, by w każdej chwili można było natychmiast zaciąć. Częściej jednak do brań prowokują ruchy przynęty: unoszenie się, opadanie, przyśpieszanie, zwalnianie. Podstawowym sposobem uzyskiwania takiego jej zachowania jest stałe przytrzymywanie zestawu. Przynosi ono jeszcze inne korzyści. Dzięki niemu utrzymujemy stały, możliwie najściślejszy kontakt z przynętą. Przez cały czas poprzedza ona pozostałe elementy wędki - bo najsłabiej jest hamowana, a nurt popycha. Przy mocniejszym przytrzymaniu wręcz unosi ją do góry. Można w ten sposób pokonywać wybrzuszenia, jakieś przeszkody. Dalej: skośne ułożenie zestawu pozwala na jego przegruntowanie; odległość haczyka od spławika przekracza głębokość łowiska, a przynęta unosi się nad dnem. Możemy ją jednak wpuścić do ewentualnego dołka na trasie. Wystarczy zmniejszyć przy nim hamowanie zestawu.
Ruch przynęty w górę można też uzyskać unosząc cały zestaw na wędzisku. Jest to jednak trudniejsze do precyzyjnego wykonania i na ogół mało skuteczne.
Trudność dokładnego operowania zestawem wzrasta, gdy zwiększa się długość wędziska. Niewielki bowiem ruch przy dolniku daje wtedy spory ruch szczytów-ki. Łatwo też doprowadzić do jej roztańczenia, a stąd do niekontrolowanych podrygów spławika, oplątywania żyłki wokół wędziska i podobnych przyjemności już tylko krok. To zresztą tłumaczy, dlaczego tak ważne jest dobre siedzisko, przy łowieniu zaś z łódki nie należy używać wędzisk dłuższych niż 4-5 m. W zasadzie do każdego wędziska trzeba się przyzwyczajać. Im ono dłuższe, tym dłuższy potrzebny trening.
Prowadząc przynętę przy dnie trudno czasami uniknąć zaczepów, zwłaszcza że miejsca zaczepowe bywają zarazem rybodajne i szczególnie warto je penetrować przynętą.
Pierwsza próba uwolnienia zestawu powinna polegać na pociągnięciu pod

Uwalnianie od zaczepu: a - przez delikatne poszarpywanie wędziskiem, b -przez pociąganie wprost za żyłkę
prąd - ostrożnym, by nie uszkodzić szczytówki. Jeśli rzecz polegała na zakleszczeniu haczyka czy ciężarka, może to wystarczyć. Jeśli nie, trzeba wędzisko cofnąć za siebie i starać się ciągnąć wprost za żyłkę. Dzięki temu nie tylko nie narażamy szczytówki, ale także powodujemy zatopienie spławika . Przy gwałtownym puszczeniu jego opór w wodzie zapobiegnie wystrzeleniu zestawu w powietrze, prowadzącego także do utraty zestawu, tylko w inny sposób -przez dokładne i skuteczne jego splątanie. Jeśli nie daje się do żyłki sięgnąć, pozostaje pociągać za wędzisko. Wszystko wtedy zależy od solidności zamocowania do niego żyłki głównej.
Nąjrozpaczliwiej przedstawia się sytuacja, kiedy do żyłki nie można sięgnąć, a wędzisko jest zaopatrzone w dobry amortyzator. Pozostaje wtedy poszarpywać z wyczuciem i czule wspominać Tessego (to ten od szczytówki z amortyzatorem wewnętrznym).
Niezależnie od tego, czy dno jest zaczepowe, czy nie, od niego przeważnie łowienie zaczynamy. Ale nie musimy się go trzymać niewolniczo. Zmiana gruntu o kilka centymetrów owocuje czasem wyraźnym zagęszczeniem brań. Znacznie większa bywa przy tym różnica między tym, czy przynętę puszczamy przy samym dnie, czy tuż nad nim - niż między kilkoma więcej czy mniej centymetrami od niego. Jeśli nieznaczne oderwanie od dna nie daje wyników, trzeba przejść w całkiem inną strefę łowienia - w pół wody, pod powierzchnią. Wtedy także trzeba zazwyczaj zmienić rodzaj nęcenia.
Cały czas bowiem podczas przepuszczania zestawu - lub manewrowania nim w wodzie stojącej - donęcamy małymi porcjami. W zasadzie nie powinny one być większe niż orzech włoski, a tym mniejsze, im woda płytsza i spokojniejsza. Chodzi o to, by zanęta nie płoszyła ryb zanim się jeszcze zacznie jej działanie wabiące.
Dorzucamy w miarę potrzeby, a nie mechanicznie, w jakichś ustalonych odstępach czasu. Inna rzecz, że te odstępy częstokroć bywają jednakowe. Ale to jest skutek, a nie punkt wyjścia. Miarą potrzeby może być zmniejszenie częstotliwości brań. W wodach bieżących - także ich przesuwanie się w dół pola łowienia. Oznacza to, że zanęta nie skupia już ryb w miejscu, rozpływają się one po łowisku.
Donęcać należy też po zacięciu, zwłaszcza sztuki większej. Wpływ świeżej porcji środka wabiącego powinien przeważyć nad popłochem, wznieconym przez broniącą się rybę. Skuteczne stosowanie tego nęcenia odcinającego wymaga podzielności uwagi oraz opanowania umiejętności niezależnego wykonywania każdą ręką czynności tak różnych jak holowanie zdobyczy i celne rzucanie zanęty. Tu też się ujawniają zalety amortyzatora gumowego.
Gdzie warunki na to pozwalają, warto niewielką kulę zanęty położyć w wodzie niedaleko brzegu, tak by można ją było obserwować. Kiedy ulegnie całkowitemu rozmyciu, znak to, że i w miejscu łowienia trzeba zanętę uzupełnić. Nie zawsze jednak zachowanie próbki odpowiada zachowaniu części zasadniczej.

