Pomysł pochodzi z roku 1884. Wówczas to niejaki Malloch, wędkarz ze szkockiego miasta Perth, odwrócił szpulę swojego kołowrotka bokiem do przodu. Nasiąknięty wodą, czepliwy sznur (żyłek przecież wtedy nie znano) mógł dzięki temu bez szczególnego oporu spadać zwojami, zamiast się ciężko odwijać. Autor usprawnienia nie mógł wtedy przypuszczać, jak zawrotną karierę zrobi jego pomysł. Że po stu latach kołowrotek o szpuli stałej, któremu dał oto początek, będzie

Przykładowy schemat kołowrotka o szpuli stałej
używany powszechnie - czy trzeba czy nie. Że umożliwi rozwój całkiem nowych metod wędkowania, jak spining. Że byle żółtodziób z jego pomocą osiągnie donośność i celność rzutów, do jakich dawni mistrzowie dochodzili latami. Że wreszcie ta właśnie konstrukcja (a nie wersja pierwotna, ze szpulą obrotową, używana już ponoć w starożytnych Chinach) będzie się na znacznej połaci wędkarskiego świata kojarzyć z nazwą kołowrotek. Współczesnym jej odmianom poświęcimy nieco uwagi w końcowej części tego rozdzialiku.
Tego wszystkiego zatem Malloch przewidzieć nie mógł. Ale i jego wynalazek był jeszcze nader ułomny. Zarzucanie zestawu - owszem, ułatwiał. Gorzej było jednak ze zwijaniem. Zadanie to dopiero po dwudziestu jeden latach rozwiązał tkacz Illingworth z angielskiego Bradfordu. Na modłę tkacką, bo jakże by. Uzupełnił mianowicie całość o obracający się wokół szpuli pazur, napędzany za pośrednictwem przekładni. To on nawijał linkę. Żeby się zaś układała równomiernie, z tą samą przekładnią sprzężona szpula wsuwała się i wysuwała. Każdy dostrzeże w tym zasadnicze zarysy konstrukcji współczesnej, przynajmniej tej najbardziej rozpowszechnionej.
Pazur (obecnie: wodzik) wydłużył się w niej o kabłąk, osadzony na bębnie zwanym rotorem. Otwierany na czas zarzucania, zamyka się przy pierwszym obrocie korbki, samoczynnie nagarniając żyłkę i naprowadzając ją na wodzik. Ten, przy dalszym obracaniu, układa ją zwojami na szpuli. Obrót rotora jest możliwy albo w obie strony, albo tylko w jedną (w kierunku nawijania), zależnie od położenia przełącznika blokady ruchu wstecznego. Szpula jest z osią połączona poprzez sprzęgiełko cierne o regulowanej sile oporu. Pospolicie nazywa sie je hamulcem. Kiedy na żyłkę działa odpowiednio duża siła, a rotor nie może się kręcić wstecz, sprzęgiełko zaczyna działać. Szpula obraca się, oddając żyłkę jak w zwykłym kołowrotku obrotowym. Siłę, przy której to następuje, nastawia się za pomocą pokrętki regulacyjnej.
Po tym krótkim określeniu nazw i funkcji poszczególnych zespołów kołowrotka możemy przejść do przeglądu rozwiązań i cech, mających wyraźniejsze znaczenie praktyczne. Z oczywistych względów przegląd ten może być tylko wyrywkowy.
Przy zarzucaniu liczą się przede wszystkim: ogólna poręczność, a zwłaszcza lekkość kołowrotka, łatwość otwierania kabłąka, gładkość zewnętrznej krawędzi szpuli oraz należyte ułożenie żyłki. Pierwsze wymaganie udaje się coraz lepiej spełnić przez wprowadzanie kolejnych elementów z lekkich tworzyw sztucznych, zwłaszcza z włóknem węglowym. Zaczęło się od szpuli i obudowy. Ostatnio z tworzyw o wysokiej wytrzymałości mechanicznej wyrabia się także ślimacznice i koła zębate przekładni.
Należy tu wyraźnie rozróżnić obecne wysokiej klasy materiały od dawniej -a w niektórych wyrobach popularnych, jednorazowego użytku, jeszcze nadal -stosowanych tanich zamienników. Niejeden rzut wychodził haniebnie spudłowany właśnie dlatego, że żyłka zaczepiała o niewidoczną ryskę lub takież pęknięcie czy szczerbę na brzegu bakelitowej szpuli. W co podlejszych wersjach dawały się wręcz we znaki wylewki lub zgoła przesunięcia połówek formy. Te przynajmniej było widać; usunąć jednak, z zachowaniem wymaganej gładkości, raczej się nie dawały. Toteż zdecydowaną wyższość wykazują szpule metalowe lub z włókna węglowego.
W konstrukcjach tradycyjnych łatwość operowania kabłąkiem sprowadzała się do tego, by dawał się ręcznie odwijać pod działaniem niewielkiej siły i w możliwie wielu pozycjach, czyli miał jak najmniej pozycji martwych. Ich obecność jest nie do uniknięcia przy samoczynnym zamykaniu.
Na należyte ułożenie żyłki składa się kilka elementów. Pierwszy i najbardziej widoczny to właściwe napełnienie szpuli. Zwoje zewnętrzne powinny wypadać nieco (najczęściej 1 do 2 mm) od krawędzi. Zazwyczaj wytwórca podaje, jak to powinno w jego wyrobie wyglądać. Przepełnienie szpuli powoduje, że żyłka może się zsuwać kilkoma zwojami na raz, co w najlepszym razie zwiększa opór na przelotkach. W najgorszym prowadzi do nieprzyjemnych splątań. Niedopełnienie powoduje z kolei silne załamanie żyłki na krawędzi, co wybitnie zwiększa opór jej odwijania. Oczywiście, przy wyrzutach dalekich w jakimś momencie i tak do tego dochodzi. Wtedy jednak hamowanie i tak zazwyczaj bywa pożądane, dla lepszego układania się zestawu w locie.

Napełnienie szpuli: a - poprawne i dwa niewłaściwe, b - nawijanie przez książkę, c - z przytrzymaniem palcami
Następnym elementem należytego ułożenia żyłki jest właściwe rozmieszczenie poszczególnych jej zwojów: równomierne, ze stałym niewielkim naprężeniem. Pierwsze to w głównej mierze kwestia właściwej konstrukcji, a zwłaszcza odpowiedniego skoku szpuli przy nawijaniu. Trzeba przy tym mieć na uwadze, że sporo zależy tu od średnicy żyłki. Liczba układanych obok siebie zwojów pozostaje bowiem stała. Dla jednych grubości będzie ona oznaczała rozmieszczenie równomierne, z niewielkimi co najwyżej odstępami. Przy większych - nie pomieszczą się one obok siebie; powstaną wy gorzenia, nierówności, przeszkadzające potem w jednostajnym odwijaniu się. Przy mniejszych wreszcie - odstępy te staną się zbyt duże; zwoje kolejnych warstw będą się wkleszczały między zwoje głębszych, co także zwiększy opór odwijania.
Odpowiednie naprężenie zwojów najłatwiej uzyskać przy pierwszym napełnieniu szpuli. Żyłka powinna wówczas stawiać niewielki opór. Można ją np. przepuścić przez grubą książkę. Warto tu także zwrócić uwagę na sposób odwijania ze szpuli fabrycznej, ale o tym za chwilę. Trudniej tę stałość naprężenia utrzymać w toku normalnego użytkowania. Zwłaszcza przy zwijaniu bez oporu, np. przy wybieraniu wybrzuszenia żyłki, trzeba ją przytrzymywać palcami drugiej ręki. Na wszelki wypadek warto też co jakiś czas rozwinąć cały pozostający w użyciu odcinek żyłki i nawinąć ponownie pod stałym naprężeniem. Na lądzie najlepiej zaczepić ją o coś, odejść rozwijając i następnie nawijać zbliżając się i starając się zachować przy tym stałe niewielkie ugięcie szczytówki. Lepiej robić to na wodzie, puszczając z nurtem lub za płynącą łódką żyłkę pustą, co najwyżej z jakimś krętlikiem czy agrafeczką. Podczas ponownego zwijania będzie się zarazem odkręcała.
Jej skręcenie bowiem to kolejny powód do złego opuszczania kołowrotka. Powstaje ono już podczas napełniania szpuli. Zwróćmy uwagę, że żyłka układa się tu różnymi ruchami. Jeden przypomina nawijanie na zwykły kołowrotek obrotowy, drugi - nakładanie zwojów, jak przy żeglarskim klarowaniu liny.
Jeśli przy jednym zachowuje pierwotną postać, to przy drugim skręca się wokół własnej osi. Łatwo to sprawdzić zwijając np. dwużyłowy sznur elektryczny. Który z czynników przeważy - to zależy od bocznego oporu na wodziku i ewentualnie na przelotkach (jeśli nawijamy przez nie) oraz w przyrządzie naprężającym (wyżej zaproponowana książka). Jeśli skutek jest bliższy nakładaniu zwojów, to szpulę fabryczną należy też trzymać tak, aby żyłka spadała z niej zwojami; jak gdybyśmy przekładali zwoje z jednej na drugą. Tak to przyjmuje większość praktyków, a niektóre firmy wręcz sprzedają żyłkę na specjalnych szpulach, z których tak się ją właśnie odwija; można to robić tylko przez jedną ściankę, okrągłą, bo druga, większa i graniasta, nie pozwala.
Zdaniem innych, równie zresztą wiarygodnych, należy żyłkę odwijać normalnie, obracając szpulą.
Wydaje się, że w sumie cały spór nie ma istotnego znaczenia. Skręcenie pierwotne bowiem jest niczym wobec tego, do którego dochodzi podczas łowienia. Żyłka spada przecież z kołowrotka zwojami, a wraca - przynajmniej częściowo (patrz wyżej) -jak na zwykłą szpulę obrotową. Jeszcze bardziej się to potęguje, gdy w ruch wokół osi wprawia ją zestaw (np. błystka wirowa). Kolejną komplikację wprowadza uruchamianie sprzęgiełka, np. podczas ucieczki ryby. Wtedy już żyłka odwija się na modłę czysto kręciołkową - wraca zaś na lllingworthową.
To ostatnie było zresztą powodem, dla którego firma Ryobi (Japonia) wprowadziła szczególną modyfikację konstrukcyjną. Poprzez sprzęgiełko mianowicie połączyła nie szpulę z osią, lecz rotor z mechanizmem napędowym. Spowodowało to, że podczas ucieczki ryby kręcił się on w drugą stronę. Żyłka odwijała się zatem tak samo jak nawijała. Nie bez dumy więc firma reklamowała swój wyrób jako jedyny nie skręcający linki. Czy tak było ze szczętem - trudno orzec. W każdym razie był to jedyny kołowrotek ze szpulą naprawdę nieruchomą (nie licząc zapomnianej konstrukcji Staro firmy A. Glasera z Zurichu, opatentowanej przed ponad pół wiekiem).
Tak więc przyczyn skręcania żyłki jest wiele. Główny zaś skutek jest taki, że przy lada poluzowaniu zwija się ona, w najlepszym razie tworząc prostopadłe odgałęzienia. Często chwyta przy okazji zwoje sąsiednie - i to już rozpacz. Z żadnego innego powodu nie powstają tak fantazyjne brody, ptasie gniazda i inne kompozycje, nad którymi i pół dnia można przesiedzieć w nabożnym

Zachowanie się żyłki: a - przewijanie (duże tarcie na wodziku), b - czytelną ilustrację skręcania przy przenoszeniu zwojów stanowi odwijanie przewodu elektrycznego, c- nawijanie żyłki przez przenoszenie zwojów (małe tarcie na wodziku), d - powstawanie splątań przy nadmiernym poluzowaniu żyłki skręconej
skupieniu, żeby wreszcie prasnąć wszystkim o ziemię i sięgnąć po nową szpulę. Jeśli sieją, rzecz jasna, ma pod ręką. A warto, gdyż często w wyniku rozplątywania żyłka zyskuje kilka miejsc wybitnie osłabionych - tam gdzie doszło do załamań lub zaciśnięcia supłów.
Na koniec zwróćmy uwagę na jeszcze jeden rodzaj niewłaściwego układania się żyłki - kiedy, mianowicie, wplątuje się ona w mechanizmy kołowrotka. Mogą wchodzić w grę części zewnętrzne, wystające: wspornik kabłąka, rzadziej korbka. Toteż zasadą konstrukcyjną jest unikanie wszelkich wypustów, wystających łbów śrub itd. Z dokuczliwym niegdyś więźnięciem żyłki w mechanizmie pod szpulą uporano się przechodząc na szpule zewnętrzne, a w niektórych konstrukcjach (np. typu Pettycoat) rotor wchodzi wręcz między podwójne ścianki szpuli.
Tak z grubsza wyglądają elementy pracy kołowrotka istotne przy zarzucaniu.
Zwijanie rozpoczyna się od zamknięcia kabłąka. Siła do tego potrzebna nie może być zbyt duża, bo trudno przecież szarpać się z korbką. Nie może też jednak być zbyt mała, gdyż dochodziłoby do przypadkowego zatrzaskiwania nie w czas. Ponieważ dużo tu zależy od indywidualnych upodobań oraz okoliczności zewnętrznych, niektórzy wytwórcy wbudowują regulator tej siły. Niejako przeciwieństwo tego udogodnienia stanowi rozwiązanie, stosowane w niektórych ciężkich kołowrotkach łososiowych. W ogóle rezygnuje się w nich z kabłąka, pozostawiając sam tylko pazur z wodzikiem. Żyłkę nakłada się na to ręcznie, co stanowi pewną niedogodność. Unika się jednak jednego punktu słabego (przy obrotowym

Układy rotor-szpula: a - tradycyjny, sprzyjający wplątywaniu się żyłki w mechanizm, b - zwykła szpula zewnętrzna, c - układ typu Pettycoat
umocowaniu wodzika, koniecznym w wersjach zwykłych, zdarza się - przy mocniejszym szarpnięciu - samoczynne otworzenie kabłąka). Illingworth by się cieszył.
Po zaniknięciu kabłąka zaczyna pracować rotor z wodzikiem. Dla siły i szyb?kości nawijania znaczenie mają łożyskowanie oraz wielkość przełożenia. We wszystkich nowoczesnych wyrobach markowych stosuje się łożyska kulkowe -przynajmniej w miejscu obrotu rotora. Często też umieszcza się drugie - na osi korbki. Jest to oznaczone albo schematycznym rysuneczkiem tego elementu, albo angielskim napisem bali bearing, co znaczy właśnie łożysko kulkowe. Na szczegół ten warto zwracać uwagę, gdyż wiele firm oprócz kołowrotków wysokiej klasy wypuszcza ich tanie repliki, łożyskowane ślizgowo (panewkami). Szpula obraca się w nich z większym oporem (co łatwo sprawdzić popchnąwszy palcem i sprawdzając, jak długo się kręci), szybciej też następuje zużycie (o czym się jednak przekonujemy poniewczasie).
Przełożenie mieści się zazwyczaj między 1: 3,5 a 1 : 6,5 (na jeden obrót korbki trzy i pół do sześciu i pół obrotu rotora). Niższe stosuje się w kołowrotkach ciężkich, przeznaczonych do zmagań siłowych. Wyższe - w lekkich, gdzie podczas walki nie oczekuje się szczególnych obciążeń, ważna jest natomiast możliwość szyb?kiego prowadzenia przynęty. Ostatnio coraz częściej przełożenie wyraża się nie stosunkiem obrotów, lecz długością odcinka żyłki zwiniętego podczas jednego obrotu korbki. Jest to miara znacznie praktyczniej sza. Zwłaszcza wobec upowszechniania się szpul płaskich a szerokich. Dają one rozliczne korzyści: z mniejszą krzywizną zwij a się żyłka, mniejsza jest różnica średnicy jej zwojów na początku i końcu rzutu, mniejszy jest skok szpuli. Zrozumiałe zarazem, że w ich wypadku ten sam stosunek obrotów korbki i rotora daje całkiem inny efekt.
Jakość wodzika ma zasadnicze znaczenie dla trwałości żyłki. W dawnych ty?pach, gdzie jego funkcję pełniło po prostu odpowiednie wygięcie kabłąka, dochodziło czasem - po dłuższym użytkowaniu - do przepiłowania go przez żyłkę. Daje to pojęcie, jakie tam działają siły. Potem były wklęsłe wałeczki z twardej, ewentualnie chromowanej stali. Obecnie standardem jest rolka, obracająca się na teflonowej wkładce, zapewniającej dobry poślizg. W kołowrotkach narażonych na szczególnie silne działanie niszczące wykorzystuje się na tę część materiały bardzo twarde -jak węgliki krzemu, stosowane w przelotkach typu Fujihard.
Niezależnie od rozwiązań konstrukcyjnych należy unikać nadmiernych ob?ciążeń kołowrotka, zwłaszcza zaś mechanizmu przekładni. Stąd też znaczenie holowania przez pompowanie: wtedy, kiedy rybę się podciąga wędziskiem, czyli kiedy do jej oporu dodaje się tarcie na przelotkach, całość obciążenia przejmuje mechanizm zapadkowy blokady ruchu wstecznego. Przekładnia zaczyna pracować przy wybieraniu żyłki podczas ruchu wędziska w dół, kiedy napór na przelotki (a więc i tarcie o nie) lżeje. Lepiej też unikać szarpania z kołowrotka przy uwal?nianiu z zaczepów; trzeba jednak przyznać, że owijanie w tym celu żyłki wokół dłoni też nie zawsze jest godne zalecenia.
Ze zwijaniem żyłki ściśle się wiąże kolejna funkcja kołowrotka: jako bezpiecznika, chroniącego przed jej zerwaniem. W tym celu sprzęgiełko cierne trzeba nastawić na wartość nie większą niż 60-70% wytrzymałości linki, a dokładniej -najsłabszego jej elementu, zazwyczaj przyponu. Przy ustalaniu tej wartości należy żyłkę przepuścić przez przelotki, bo rzeczywiste obciążenie, przypomnijmy, działające na kołowrotek będzie sumą obciążenia z zewnątrz oraz oporu na prze?lotkach. Nastawa, dobra dla kołowrotka samego, może przekroczyć wytrzymałość żyłki w warunkach łowienia.
Pokrętka regulacyjna, dawniej umieszczana zwykle na czole szpuli, teraz z reguły znajduje się w tylnej części obudowy lub na przedłużeniu osi korbki. Takie jej położenie stwarza możliwość regulowania oporu podczas holowania ryby. Warto bowiem mieć na uwadze (choć w ferworze walki mało kto ma do tego głowę), że nawet przy płaskiej szpuli po odwinięciu znacznej części żyłki odczuwalnie się zmniejsza promień, po jakim ona działa . Do wprawienia w ruch sprzęgiełka trzeba zatem większej siły. Jeśli początkowo była ona nastawiona w pobliżu wytrzymałości, to teraz może ją przekroczyć. Z kolei nastawianie z góry z tak dużym zapasem spowoduje, że pod lada obciążeniem żyłka będzie się odwijać, co znów utrudnia holowanie, a na pewno je niepotrzebnie przedłuża.

Regulacja sprzęgiełka: a - różnica siły potrzebnej do uruchomienia szpuli pełnej i prawie pustej, b - pokrętka umożliwiające szybkie zwiększanie lub zmniejszanie oporu o ustaloną wielkość
Większe znaczenie praktyczne ma możliwość reagowania na zmienne sytuacje podczas holowania. Na przykład, kiedy ryba podczas dalekiej ucieczki niebezpiecznie się zbliża do zarośli, warto czasem opór zwiększyć, by jej to uniemożliwić. Ryzykujemy, co prawda, zerwanie żyłki. Ale jeśli zdobyczy uda się cel osiągnąć, to z pewnością zdobyczą być przestanie. Inny przypadek to finał holowania, zwłaszcza karpia. Podciągnięty prawie pod nogi łowiącego i pozornie całkiem już wyczer?pany potrafi w ostatnim momencie zdobyć się jeszcze na ostry zryw. Wędzisko wówczas znajduje się już w pozycji prawie pionowej, kąt między nim a żyłką jest bliski zeru, i takaż amortyzacja. Jedyne, co przy tym uderzeniu ostatniej szansy może uchronić przed zerwaniem żyłki, to właśnie szybkie poluzowanie sprzęgiełka.
Pojawiały się rozmaite rozwiązania konstrukcyjne, mające wspomóc bieżące dostosowywanie oporu sprzęgiełka: podziałka przy pokrętce, ogranicznik obrotu stanowiący jakby pamięć mechaniczną, dźwignia dodatkowej regulacji. Większości z nich poniechano. Utrzymała się dźwignia (w dalej opisanym kołowrotku bez kabłąkowym z otworem szerokim). Pojawiła się natomiast dodatkowa dźwigienka przy pokrętce . Pozwala ona jednym ruchem o 1/3 zwiększyć lub zmniejszyć nastawiony opór, bez zmiany jego wartości. Nie musimy więc po trudnym holowaniu na powrót ustawiać sprzęgiełka; wystarczy dźwigienkę po?nownie ustawić w położeniu środkowym.
Możliwość precyzyjnej regulacji musi, rzecz jasna, zapewnić sama budowa sprzęgiełka. W nowoczesnych wersjach ma ono najczęściej postać kilku tarczek, na przemian z tworzywa typu teflon oraz specjalnych stopów miedzi.
Odrębną grupę kołowrotków o szpuli stałej stanowią modele bez kabłąkowe, czyli ze szpulą obudowaną . Wodzik ma w nich postać trzpienia. Zatapia się na czas zarzucania i żyłka może się swobodnie zesnuwać. Pod wpływem obrotu korbki wysuwa się z powrotem. Zagarnia przy tym żyłkę, której ucieczkę na bok uniemożliwia obudowa.
Taka konstrukcja daje różne korzyści. Cały mechanizm obraca się wewnątrz, nie grozi zatem jego zaczepianie o ubranie czy wplątywanie w gałązki, co się zdarza przy wersjach kabłąkowych. Przy rzutach pod wiatr żyłka nie ulega spychaniu na części ruchome, co przy szpuli odkrytej stanowi zmorę i prowadzi do splątań. Zaletą nie do zlekceważenia jest cicha praca, a np. po zarzuceniu błystki nad stanowiskiem płochliwego pstrąga wystarczy trzask zamykanego kabłąka - i ryby nie ma.
Istnieją dwie wersje takich kołowrotków. Jedna, z centralnym wyprowadzeniem żyłki , daje to dodatkowe udogodnienie, że gaszenie żyłki odbywa się w całości wewnątrz. W pełni to wyzyskać można jedynie w wędziskach z uchwytami typu caster i małymi przelotkami. Linka na całej długości biegnie tuż przy blanku, co znakomicie ułatwia łowienie np. z nadbrzeżnej gęstwiny. Wewnątrz obudowy jednak ulega silnemu załamaniu. Nie może więc być zbyt gruba.
Wszechstronniejsze zastosowanie ma wersja z otworem szerokim. Mniejsze są w niej opory wysnuwania, nie ma takich ograniczeń co do grubości

Kołowrotki bezkabłąkowe: a-z centralnym wyprowadzeniem żyłki (tu w uchwycie typu caster), b - z otworem szerokim (tu z dźwignią do regulowania oporu sprzęgiełka)
żyłki. Opuszcza ona jednak obudowę zamaszyście, dość szeroko się obracając. W tych kołowrotkach stosuje się jeszcze dodatkową dźwignię, stanowiącą jakby drugi stopień regulacji oporu, a umieszczoną w zasięgu któregoś z palców trzymających wędzisko, najczęściej - wskazującego. Pokrętkę sprzęgiełka nastawia się na wartość minimalną, dającą pełne bezpieczeństwo żyłki nawet przy prawie pustej szpuli. Jego opór zwiększa się w czasie walki przez przyciąganie dźwigni. W końcowej fazie, kiedy zrywy zdobyczy już nie grożą, można ją zgoła zablokować na dobre. Przydało to urządzeniu nazwę trzeca ręka. Uwalnia ono bowiem rękę drugą od operowania korbką czy pokrętką hamulca. Można ją wykorzystać do ujęcia podbieraka lub chwycenia ryby. Jeśli natomiast zdobycz niespodziewanie się ożywi, jeden ruch palca przyciskającego dźwignię wystarcza, aby dać potrzebny luz. Kontakt z rybą, rzec można, pełny. Stąd też jeden z kołowrotków wyposażonych w ten dodatek nosi firmową nazwę Contact.
Kołowrotki ze szpulą obrotową w łowieniu potocznym zdecydowanie tracą na popularności. Spotyka się je głównie w topomiejszych wędkach

Kołowrotki ze szpulą obrotową: a - zwykły obudowany, b - multiplikator, c -hamowanie jego szpuli
przystawkowych, gdzie opory odwijania żyłki są niewielkie w stosunku do ciężaru zestawu - na tyle z kolei mocnego, że nie trzeba szczególnie wymyślnych udogodnień i zabezpieczeń przy holowaniu. Niemniej można wskazać rodzaje zastosowań, w których ta konstrukcja nie traci znaczenia.
Jeden to muszkarstwo, w którym choćby ze względu na grubość sznura nie wchodzi w grę kołowrotek o szpuli ustawionej poprzecznie w stosunku do kierunku jego odwijania się.
Drugi to tzw. multiplikatory. Nazwa pochodzi stąd, że przekładnia zębata typu zegarmistrzowskiego zwielokrotnia obroty szpuli w stosunku do korbki (z łac. multiplicare - mnożyć). Tak więc prędkością zwijania kołowrotek ten nie ustępuje wersji kabłąkowej. To samo dotyczy oporu przy odwijaniu żyłki. Po odłączeniu szpuli od mechanizmu napędowego, do czego służy przycisk na obudowie, obraca się ona na łożyskach o regulowanym oporze. Nastawne sprzęgiełko cierne chroni żyłkę przed zerwaniem. Jej zwoje zaś układa wzdłuż szpuli sprzężona z przekładnią prowadnica, której skok bywa w pewnym zakresie regulowany. Pozwala to zachować równomierność nawijania przy różnych grubościach żyłki.
Jak widać, multiplikator ofiaruje korzyści te same - choć inaczej uzyskane -co kołowrotek o szpuli stałej. Pod pewnymi względami wręcz go przewyższa: nie ma zmiany kierunku żyłki, nie ulega więc ona skręceniu; nie trze też o krawędź szpuli, nie obija się o przelotki; przy użyciu uchwytu typu Caster biegnie tuż przy wędzisku, a zatem łatwiej operować w gęstwinie.
Stwarza jednak i niedogodności. Zarzucanie wymaga szczególnej techniki. Łatwo bowiem o splątanie. Kiedy zestaw zwalnia, zbliżając się do celu, szpula-rozpędzona w pierwszej fazie - nadal obraca się żwawo. Żyłka odwija się więc szybciej niż jest wyciągana. W znacznym stopniu można temu zapobiec przez dobranie oporu łożyska do masy błystki, woblera czy co tam mamy na żyłce. Służy do tego śruba regulacyjna umieszczona na obudowie, w przedłużeniu osi szpuli. Dokręcamy ją lub łuzujemy, aż przy przełączniku w pozycji zarzucanie (szpula zwolniona) i przy wędzisku trzymanym prawie poziomo przynęta będzie powoli opadała pod własnym ciężarem. Niezależnie od tego trzeba jednak przy zarzucaniu

Wyposażenie dodatkowe przy łowieniu spławikowym (i nie tylko): a - obcinacz do paznokci (przydatny zwłaszcza do żyłki), b - wypychacz do haczyków, c -szczypce chirurgiczne, d - ostrze do rozplątywania węzłów, osłonięte skuwką; na drugim końcu dwie inne wersje wypychacza do haczyków, e - podbierak, f- zwijadełko do przyponów, g - parasol osłaniający od słońca, deszczu lub wiatru (zależnie od ustawienia), h - daszek osłaniający oczy (może być też czapka z daszkiem), i - podpórki do wędzisk zwykłe, j - podpórka rolkowa, do łowienia z zestawem skróconym, k - pojemnik do zanęty (praktyczny jest składany brezentowy); służy zarazem jako miska, czerpak itd., I - siatka na ryby (u dołu sposób mocowania do dna), ł - futerał na wędki
czuwać i w miarę potrzeby (np. przy podmuchu wiatru w twarz) dodatkowo przytrzymywać szpulę kciukiem.
Ten kołowrotek, podobnie jak obudowany z centralnym wyprowadzeniem szpuli, jest w zasadzie przeznaczony do mocowania nad, a nie pod wędziskiem. Nie powinno ono zatem być zbyt miękkie. Przy dużym wygięciu bowiem żyłka będzie się o nie ocierać. W wędkarstwie śródlądowym multiplikator szersze zastosowanie znalazł tylko w USA. Raczej jednak używa się go do łowienia morskiego. Stąd niektóre typy mają pozłacane elementy metalowe, co chroni je przed korozją. Wersje pełnomorskie odznaczają się uproszczeniem konstrukcji (np. brak prowadnicy linki) na rzecz wzmocnienia mechanizmu. Poszczególne wyroby bywają wyposażone w urządzenia dodatkowe, jak hamulec odśrodkowy, licznik metrów żyłki czy nawet mikrokomputer z pamięcią^ umożliwiającą ponowne zarzucanie w raz ustalone miejsce. Na drugim końcu znajdują się modele zminiaturyzowane, używane w sporcie rzutowym (konkurencje sprawnościowe na boisku). Wielkości bębenka maszyny do szycia, kryją się w rękojeści wędziska, mieszczą zaś do 300 m żyłki (żyłeczki?) 0,03; łożyska ostrzowe z rubinem lub agatem całkiem już przypominają te zegarowe.
Na przeszkodzie w większym upowszechnieniu tych doskonałych skądinąd kołowrotków stoi niewątpliwie wysoka ich cena, uzasadniona takimiż wymaganiami wobec materiałów i konstrukcji.

