Przynęta uważana niemal za symbol. Rzeczywiście: jeśli chodzi o wszechstronność zastosowań, nie ma sobie równej. Biorą na nią wszelkie ryby wędkarskie, nie wyłączając dużych drapieżników, choć np. szczupaki - raczej przypadkowo, a i to niezbyt wyrośnięte. Białym robaczkom ustępuje jednak pod kilkoma względami. Jest bardziej sezonowa; słabsze wyniki daje latem, zwłaszcza w wodach stojących. Nie tak dostępna w dużych ilościach, mniej żywotna, nie daje się też tak dostosowywać do różnych warunków łowienia. Dłuższa jest droga od chwytanego końca do grotu haczyka, a więc i z zacięciem trzeba czekać. Mimo to bywa stosowana nawet przez zawodników. Istnieje kilka odmian dżdżownic, różniących się skutecznością, sposobem uzyskiwania, zastosowaniem.
Najmniej atrakcyjne są robaki kopane, koloru przeważnie szarego i zielonkawego. Ich względną obfitość w niektórych okresach, np. podczas orki, można wykorzystać stosując je do nęcenia. Na haczyk nadają się raczej czerwonawe, występujące w niektórych rodzajach gleb.
Robaki czerwone dawniej się wydobywało spod kompostu, stert nawozu, odchodów zwierzęcych. Stąd ich wdzięczne nazwy w rodzaju gnojaki czy podobnych. Obecnie są powszechnie dostępne w sklepach. Niemniej kto rozporządza skrawkiem ogródka, może sobie z pożytkiem zapewnić stałe ich źródło w postaci niewielkiego kompostownika. Odpadki kuchenne, obierki, zielska trzeba usypać w warstwę kilku-, najwyżej kilkunastocentymetrową. Przykryć ją kratą drewnianą lub plecionką trzcinową, na niej zaś położyć warstwę torfu z gliną. Ma ona utrzymywać wilgoć. Dobrze jest wpuścić trochę dżdżownic, ale i bez tego wkrótce się pojawią. Do zbierania wystarczy zwykle unieść kratę, pod której listwami będą się gromadziły. Jeśli okaże się za mało, trzeba obrócić trochę torfu.
Kto takich możliwości nie ma, może w zwykłej skrzynce kwiatowej założyć hodowlę wprawdzie mniejszą, ale za to całoroczną-jeśli się ją wstawi do pomieszczenia chłodnego, lecz niezbyt zimnego; na przykład do piwnicy. W porze ciepłej może stać po prostu za oknem. Trzeba ją napełnić ziemią ogrodową, dosypać nieco odpadków jarzynowych, np. obierek ziemniaczanych, i wpuścić trochę robaków. Po kilku miesiącach rozmnożą się tak, że co kilka dni będzie można wyciągać po tyle, ile wystarczy na jeden raz.
Na łowisko przenosimy je w płóciennym woreczku albo w pudełku z ziemią lub piaskiem. Pokrywka musi być zaopatrzona w otworki wentylacyjne.
Sposobów zakładania na haczyk (ciemny: czarny, czerwony, brązowy, może być z grotem odgiętym w bok, nr 14, 12, czasem jeszcze większy) istnieje wiele. Niektóre są pokazane na rysunku. Przekłuwanie kilkakrotne daje tę korzyść, że czyni przynętę bardziej skupioną, a więc zwiększa szansę udanego zacięcia. Bardziej jednak narusza dżdżownicę, skracając czas jej żwawości na haczyku. Ponadto w tej postaci ma ona skłonność do wprawiania przyponu w obroty, co może prowadzić do splątań. Lepiej więc ograniczyć ten sposób do wód stojących lub do przepływanki klasycznej na spław. Całkiem zabójcze jest nawlekanie dżdżownicy na haczyk. Zdarza się jednak, że ryby biorą często, lecz tak ostrożnie, iż wciąż nie sposób ich zaciąć, robak zaś za każdym razem jest wyssany. W takich razach można jako do ostateczności uciec się do tego ostatniego sposobu. Na niektóre ryby, np. karpie, doskonałą przynętę stanowi pęczek czerwonych robaczków.
Latem, które w ogóle nie jest dobrą porą na stosowanie dżdżownic (choć lin i duże leszcze nie robią sobie w tym względzie przerwy i biorą na nie przez cały sezon), lepiej sprawdzają się sztuki niewielkie, do 5 cm długości.
Robaki kompostowe można zastąpić dżdżownicami kalifornijskimi, hodowanymi przemysłowo jako produkt uboczny przy wytwarzaniu humusu. Dostępne we wszystkich sklepach z przynętami wędkarskimi, są dla ryb nieco mniej atrakcyjne niż zwykłe czerwone robaki.

Zakładanie czerwonych robaczków na haczyk
Rosówki, największe z dżdżownic, żyją w glebie pastwisk, zagród, trawników, przydrożnych nieużytków. Ich obecność można poznać po charakterystycznych, kilkumilimetrowej średnicy otworkach w ziemi. Często są otoczone lub przykryte małymi grudkami rozdrobnionej gliny, a z niektórych wystają nie do końca wciągnięte liście, opadłe z pobliskich roślin. Wydobywanie rosówek z plątaniny korzeni traw, gdzie spędzają dnie, byłoby zbyt żmudne. Toteż najchętniej łapie sieje z powierzchni ziemi, na którą wychodzą nocą, po deszczu albo kiedy kładzie się rosa. W czas suszy można je do wychylenia się skłonić, obficie zlewając wodą miejsca, w których podejrzewamy ich obecność.
Wysunięte na zewnątrz stanowią zdobycz łatwiejszą, ale bynajmniej nie łatwą. Płoszą je wszelkie odgłosy, nawet szmer cichych kroków, a także mocniejsze światło. Na sygnał niebezpieczeństwa chowają się błyskawicznie do norek, co znakomicie im ułatwiają ogonki, którymi stale pozostają zaczepione w swych korytarzykach.
Łapanie wymaga ostrożnego posuwania się z niezbyt silnie świecącą latarką. Potężnie bijące reflektory trzeba osłonić. Wystarczy do tego choćby kawałek papieru toaletowego. Jeśli nawet tego nie ma pod ręką, można szukać na obrzeżu krążka świetlnego, gdzie promienie są łagodniejsze. Wypatrzywszy rosówkę oceniamy, który z widocznych końców to ten jaśniejszy, od strony ogonka zaczepionego w norce. Błyskawicznym ruchem chwytamy za ten właśnie i mocno, ale z czuciem, przyciskamy go do ziemi. Dopiero upewniwszy się, że chwyt jest pewny, poprawiamy go i dżdżownicę wyciągamy, ani na chwilę nie luzując; każde zwolnienie ucisku może wykorzystać i spomiędzy palców czmychnąć do norki. Nie należy zbytnio się śpieszyć. Chropawym, łopatkowatym ogonkiem trzyma się ona ziemi tak mocno, że łatwo ją rozerwać. Dopiero wyraźnie wyczuwszy, że opór słabnie, można pociągnąć już szybciej. Jak z tego opisu wynika, poszukiwanie rosówek w trawie wysokiej i gęstej nie ma sensu. Ani wypatrzyć, ani pochwycić.
Dla doraźnego zdobycia kilku sztuk można się uciec do sposobu skutecznego w dzień. Zaostrzony kij trzeba wbić na kilka do kilkunastu centymetrów w ziemię i kręcić nim szybko. Jeśli tylko miejsce jest rosówkowe, to dość szybko w najbliższej (kilkadziesiąt centymetrów) okolicy pojawi się któraś, panicznie uciekająca spod ziemi. Rzadko za jednym wbiciem zdarza się zdobyć więcej niż jedną. Toteż metoda jest raczej żmudna, a i łąki często szkoda.
Na krótki czas przechowuje się rosówki w świeżo zerwanej trawie. Nie można ich łączyć w jednym pudełku lub woreczku z innymi robakami. Te bowiem w ich obecności giną szybko, a produkty ich rozkładu uśmiercają główne lokatorki. Czas przechowania można przedłużyć, zmieniając trawę i dokarmiając rosówki rosołkiem lub rozcieńczonym mlekiem. Na kilka tygodni (np. na urlop w okolicy ubogiej w tę przynętę) najlepiej je umieścić w płóciennym woreczku z mchem skropionym wodą. Przy okazji pozbywają się ziemnej treści z przewodu pokarmowego, dzięki czemu wyraźnie zyskują na atrakcyjności: jędrnieją, nabierają żywszych barw.
Do przechowywania przez kilka miesięcy może posłużyć darń, umieszczona w skrzynce kwiatowej na kilkucentymetrowej warstwie sypkiej ziemi. Pod nią zazwyczaj przebywa po kilka co najmniej sztuk. By je wyjąć, wystarczy darń unieść.
Chcąc mieć rosówki na stałe, trzeba tę przechowalnię nieco skomplikować. Na dno skrzynki położyć dwie warstwy grubego płótna workowego, na to cienką warstewkę piasku, potem nieco grubszą ziemi ogrodowej, na niej warstewkę zbutwiałego zielska i drugą, lekko wilgotnego mchu. Powtarzamy ten układ aż do prawie całkowitego wypełnienia skrzynki. Wówczas kładziemy na wierzch darń, trawą do dołu, i na niej umieszczamy rosówki. Co się nie skryje, to uszkodzone i trzeba pozbierać.
Przykrywamy wszystko płótnem workowym i umieszczamy w pomieszczeniu chłodnym, lecz chroniącym przed mrozem. Pilnujemy, żeby ziemia nie wyschła. Dokarmiać będziemy zwiędłymi liśćmi, drobną trawą, fusami kawowymi. W kilku miejscach dobrze jest posypać mąką, a przy brzegach - mlekiem w proszku. Co nie zostanie zjedzone, to na drugi dzień usuwamy. Co miesiąc trzeba zawartość skrzynki wybrać, mech wymienić na świeży, usunąć rosówki stare i niemrawe. W przeciętnej skrzynce można tak przetrzymać do czterystu sztuk.
Na dwa, trzy dni przed użyciem warto wszelkie rosówki umieścić w naczyniu z lekko wilgotnym (nie mokrym!) mchem, aby się przetarfy - nabrały jędrności, utraciły śluz.
Na karpie, liny, duże okonie najbardziej nadają się osobniki średniej wielkości - około 10 cm w stanie spoczynku. Zakłada sieje po jednym, przekłuwając kilkakrotnie haczykiem dość dużym: nr 8,6, czasem nawet większym. Okonie średniej wielkości lepiej biorą na kawałki rosówek, płocie - na same ogonki. Haczyk musi być w tym wypadku odpowiednio mniejszy. Większe rosówki, albo jeszcze lepiej pęczki średnich, nadają się raczej na ryby w rodzaju suma lub węgorza. Na tego drugiego stanowią przynętę tak wyśmienitą, że niegdyś wręcz przy jego łowieniu obowiązywał zakaz ich stosowania; uważano je za skuteczne aż niesportowo.
Tak jak czerwone robaki można zastąpić dżdżownicami kalifornijskimi, tak zamiast rosówek stosuje się tzw. dendrobeny, hodowane przemysłowo.

