Dlaczego łowimy ?
Istota pozostaje zawsze ta sama. Wewnętrzny nakaz, ślad pradawnej żyłki łowieckiej, pcha nad wodę. Tam zapuszcza się haczyk, by wyciągnąć rybę. Poczynania jak najbardziej osobiste, pojedyncze. Ich suma jednak tworzy zjawisko o szerokim zasięgu społecznym. Na imię mu wędkarstwo. To coś więcej niż wędkowanie, czyli sama czynność łowienia. To także bogata otoczka biologiczna, gospodarcza, organizacyjna, prawna, etyczna. socjologiczna, psychologiczna; może i filozoficzna? U nas wędkowaniu oddaje się zaledwie co czterdziesty obywatel. Inaczej w krajach wysoko uprzemysłowionych, gdzie stresy cywilizacyjne od dawna oddziałują dużo silniej. We Francji łowi co dziesiąty mieszkaniec, w Holandii i USA co piąty, w Szwecji? co czwarty; wliczając niemowlęta, starców i, ma się rozumieć, kobiety. Nic też dziwnego, że na potrzeby tej rzeszy pracuje rozwinięty przemysł. To jeden z gospodarczych aspektów wędkarstwa. Ta rzesza nad wodami nie pozostaje też bez wpływu na ich stan. Stąd kolejne konsekwencje gospodarcze, na styku z biologicznymi. Dalej: władze państwowe na ogół nie zostawiają tak szerokiego ruchu samopas. Przynajmniej tworzą regulacje prawne. Czasem też ? poszukują dodatkowego źródła dochodów, np. aktywizują turystykę wędkarską. Zaczyna się wszystko od ryby. Ona jest najważniejsza. Świadczy o tym pozycja sportu rzutowego. Sprawność posługiwania się wędką sprawdza się w nim na boisku. Jakież to atrakcyjne: uniezależnia od wszelkich przypadkowych warunków przyrodniczych, zapewnia doskonałą porównywalność. A jednak pod względem popularności pozostaje daleko, ale to bardzo daleko w tyle za dyscyplinami rozgrywanymi nad wodą, połączonymi z prawdziwym łowieniem. Bo liczy się ryba. Oczywiście, liczy się inaczej niż dla rybaka, czyli człowieka uprawiającego rybołówstwo zawodowo. Dla niego ryba jest towarem. Łowić musi nie tylko skutecznie, ale i odpowiednio tanio; w przeciwnym razie nie wyżyje ze swojego zajęcia. Dla wędkarza, czyli kogoś, kto rybołówstwo uprawia amatorsko, zdobycz stanowi potwierdzenie, że się opanowało sztukę. Podnieca czekanie na nią. Emocjonuje walka. Jeśli okaz godny, dostarcza powodu do triumfu. Drugorzędną sprawą pozostaje natomiast kulinarna wartość połowu. Owszem, częstokroć przyjemnie jest wrażenia sportowe uzupełnić smakowymi. Trudno jednak traktować wędkowanie jako sposób taniego uzupełnienia spiżarni. W niektórych co rybniejszych okolicach zdarzają się tacy, którym się ono opłaca. Normalnie koszt rybiego mięsa złowionego na wędkę (przepraszamy za zgrzyt) wyraża się kwotą kilka do kilkunastu (tak!) razy przekraczającą cenę sklepową. Jeśli, oczywiście, wliczyć wszystko: nie tylko bezpośrednie wydatki na przynęty czy zanęty. ale i koszt sprzętu, dojazdu, pobytu itd. Kto ma świadomość rzeczywistych kosztów wędkowania, macha coraz częściej ręką na groszowy ich zwrot w postaci kilogramów na patelni i złowione ryby wpuszcza z powrotem do wody. Większość z nich o ile dobrze się je złowiło i należycie z nimi obchodziło przeżywa. Dostarczają potem ponownie wędkarskich pożytków: albo bezpośrednio, trafiając znów na haczyk, albo pośrednio, przyczyniając nowych pokoleń. Są kraj c, w których takie podejście do zdobyczy stało się regułą. U nas też zyskuje wciąż nowych zwolenników. Od ryby zaczyna się także w innym sensie. Znajomość jej samej i środowiska, w którym żyje, to pierwszy i nieodzowny warunek wędkarskiego sukcesu. Technika i sprzęt, acz ważne i coraz ważniejsze, przynoszą pożytek o tyle tylko, o ile pozwalają lepiej wykorzystać tę wiedzę podstawową. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Wędkarstwo nowoczesne niczego innego nie wniosło. Tyle że inne się wytworzyły warunki. Doświadczenia pokoleń stają się mniej przydatne. Trzeba wciąż na nowo poznawać wodną rzeczywistość. Zniekształciły ją zakłócenia cywilizacyjne: regulacje, melioracje, skażenia przemysłowe, bytowe, cieplne. Ba, nawet wędkarstwo odciska swoje znamię. Oto przykład. Mozela na pewnym odcinku jest rzeką graniczną między Luksemburgiem a RFN. Po stronie niemieckiej wystarczy na haczyk byle jakiej wędki założyć kawałek chleba, by móc oczekiwać tęgiego brania. Po stronie luksemburskiej złowienie jakiejkolwiek ryby wymaga wyszukanego sprzętu oraz najskuteczniej szych przynęt: larw ochotki, ziaren konopi. Różnica bierze się stąd, że dla Niemców, w masie swej niezbyt sportowo nastawionych, łowisko to jest jednym z wielu, nad które się przyjeżdża, rozkłada biwak i za wędkę chwyta lub nie, jak nastrój dopisze. Dla Luksemburczyków natomiast, owładniętych pasją współzawodnictwa, znajdują się tu nieliczne w ich kraju miejsca, nadające się do rozgrywania zawodów. Toteż organizują ich mnóstwo. Co sobota i niedziela na czterdziestokilometrowym odcinku odbywa się ich po kilka. No i ryby przywykają do tego, co im zawodnicy podsuwają. Ze zjawiskiem tym mamy do czynienia coraz częściej. Na łowiskach bardziej uczęszczanych trzeba myśleć już nie tylko o naturalnych upodobaniach ryb i o ich szczególnych nawykach miejscowych (wytworzonych częstokroć przez samych wędkarzy); także o tym, jak przelicytować sąsiadów. Ta uwaga jest istotna dla właściwego korzystania z wiadomości podanych w tej książce. Wiele z nich wygląda na przesadnie udziwnione. Za zbędne komplikowanie mogą je uznać wędkarze, którzy przecież w sposób znacznie prostszy osiągają dobre wyniki. I częściowo będą mieli rację. Wyszukane nęcenie, na przykład, ma sens tylko tam, gdzie nie wystarczy trafić w rybi gust; trzeba to zrobić lepiej niż łowiący na lewo i prawo. Na łowisku, na którym w promieniu kilkuset metrów nie uświadczy nad wodą żywego ducha, wystarcza byle co. Dobieranie wymyślnych składników będzie czystą sztuką dla sztuki. Tyle że o takie wymarzone pustkowia coraz trudniej. Coraz częściej więc przychodzi zmagać się nie tylko z rybami, ale i z wędkarzami. Modelowe pod tym względem są zawody. Przywiązanie do dziesięciometrowego odcinka brzegu może się podczas nich okazać mniej dokuczliwe niż konieczność sprostania konkurentom. A oni potrafią czasem przeciągnąć do siebie ryby z dołka, który szczęśliwie znalazł się na naszym stanowisku. To nie przypadek, że wysokiej klasy zawodnicy radzą sobie niemal w każdych warunkach, także poza zawodami kiedy inni bezradnie rozkładają ręce i składają wędki. W tym miejscu może się nasunąć rozsądne pytanie: czy ten postęp techniki łowienia nie zagraża rybostanowi? Cóż, w jakimś stopniu na pewno. Istnieją co prawda przypadki szczególne. Należą do nich choćby zawody w łowieniu klasycznym (spławikowe) oraz zbliżone techniką odmiany wędkowania czysto rekreacyjnego (zwanego też użytkowym). Główną zdobycz stanowią w nich gatunki plenne, mało podatne na niekorzystne zmiany środowiskowe. Niektórym wręcz nowe warunki lepiej służą (np. płoć i leszcz w zbiornikach zeutrofizowanych, o czym w następnym rozdziale). Niemniej groźba przetrzebienia rybostanu istnieje. Tak dochodzimy do trzeciego spojrzenia na rybę. Odnotowaliśmy, że stanowi ona zasadniczy sprawdzian sukcesu wędkarskiego, że jej poznanie jest jego warunkiem. Teraz stwierdzamy, że musi się ona stać przedmiotem wędkarskiej troski. Ryba przestała już być darmowym darem natury. Zapewnienie jej obecności w wodach (a przynajmniej w znakomitej ich większości) wymaga świadomych, ukierunkowanych poczynań, połączonych z nakładami: bądź pieniędzy, bądź pracy. Poczynania te muszą przebiegać w dwóch kierunkach. Jeden to pomnażanie rybostanu, drugi dbałość o właściwe, nierabunkowe z niego korzystanie. Skuteczność obu wymaga działania zespołowego. Stąd też zajęcie tak niegdyś indywidualne, jak wędkowanie, doprowadziło obecnie do ukształtowania rozmaitych form organizacyjnych. W różnych krajach różną mają one postać. W jednych przeważa formuła odpłatnego korzystania z usług zespołów wyspecjalizowanych. W innych większy jest udział pracy społecznej. Zasady korzystania z wód powierzchniowych, w tym uprawiania rybołówstwa, ustała w Polsce państwo. Dopuszcza dwie formy tego korzystania: amatorskie (wędką lub kuszą) i gospodarcze. Prawo do tego drugiego państwo przekazuje tzw. uprawnionym do rybactwa, nakładając na nich zarazem obowiązek prowadzenia racjonalnej gospodarki w tej dziedzinie. Jeszcze kilkanaście lat temu takich uprawnionych liczyło się dwóch: Państwowe Gospodarstwa Rybackie (PGRyb) oraz Polski Związek Wędkarski (PZW). Te pierwsze przestały istnieć. Ich wody w znacznym stopniu przejęła Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Wydzierżawia je rozmaitym tzw. podmiotom. Te prowadzą gospodarkę rybacką taką, jaką uznają za stosowną. Niestety, nie zawsze wychodzi to wodom na dobre. Pod pieczą PZW znajdują się główne rzeki, zbiorniki zaporowe, glinianki, wyrobiska itp. oraz część jezior dawniej użytkowanych przez PGRyb. Prawo do uprawiania rybołówstwa amatorskiego, czyli głównie wędkarstwa (kusznictwo stanowi wąski margines i nas tu nie interesuje), przysługuje każdej osobie w wieku powyżej 14 lat, posiadającej kartę wędkarską (czyli upoważnienie wydane przez państwo) oraz zezwolenie uprawnionego do rybactwa, na którego wodach łowi. Bez karty mogą łowić jedynie osoby młodsze ?jednakże tylko pod opieką jej posiadacza. Kartę wystawiają starostwa. Ubiegający się musi złożyć egzamin z wiadomości o łowieniu i ochronie ryb. Ważna jest bezterminowo. Utracić ją można za wykroczenie przeciw przepisom ustawy o rybactwie śródlądowym. Za zezwolenie na łowienie uprawniony do rybactwa może pobierać opłatę w wysokości przez siebie ustalonej. PZW częściowo włącza ją do składek członkowskich, przyjmując wysokość ulgową. W założeniu bowiem różnicę między rzeczywistą wartością a pobraną opłatą członkowie wnoszą w postaci pracy społecznej. Od nieczłonków pobiera się ją w pełnej wysokości. To zapewne powód, dla którego PZW nadal jest organizacją masową (nieco ponad pół miliona członków), choć już nie tak jak jeszcze kilkanaście lat temu, kiedy zrzeszał bez mała milion wędkarzy. Teraz oprócz niego istnieją liczne Towarzystwa Wędkarskie, dzierżawiące wody i udostępniające je nieczłonkom za opłaty, których wysokość zależy głównie od atrakcyjności (rybostan, odległość od miast, wyposażenie łowiska). Racjonalne, nierabunkowe korzystanie z rybostanu narzucają uregulowania prawne, obowiązujące wędkarza. Do najważniejszych należą przepisy ochronne. Ustalają one dla poszczególnych gatunków najniższe wymiary, upoważniające do zabrania ryby, oraz okresy, w których nie można jej zatrzymywać bez względu na wielkość. Mają znaczenie biologiczne; służą ochronie rozmnażania. Nadmiernemu trzebieniu rybostanu mają zapobiegać z kolei przepisy określające zestaw dopuszczalnych metod i narzędzi połowowych. Wyraża się w nich także intencja prawodawcy co do amatorskiego charakteru tej odmiany rybołówstwa. Państwo bowiem na wędkowanie w swoich wodach zezwala nie dla uzupełnienia spiżarni, lecz dla udostępnienia jednej z form rekreacji. W niczym tego nie zmienia zgoda na zatrzymanie połowu (o ile nie narusza to, rzecz jasna, przepisów ochronnych). Prawo siłą rzeczy wszystkiego objąć nie może, Precyzuje ono tylko te normy postępowania, które dają się konkretnie sformułować i egzekwować. Mówimy, że prawo to minimum etyczne. Zarówno jednak w jego obrębie lub na granicy, do której ono sięga, jak i poza nim istnieje wiele punktów nie dopowiedzianych wprawdzie, ale obowiązujących; jeśli nie formalnie, to moralnie. Dopiero ich przestrzeganie składa się na to, co się zwie etyką wędkarską? a co powinno wynikać tyleż z uczciwego podejścia do sprawy, ile z dbałości o własny interes. Przykładem koniecznej niespójności wewnętrznej może być dopuszczanie używania podbieraka lub osęki do wyjęcia ryby z wody. Pierwszy jest przecież siecią, czyli narzędziem niewędkarskim. Drugi bez wątpienia można zaliczyć do narzędzi kaleczących, jak choćby oścień; stosowania zaś takich zakazuje akt podstawowy, czyli ustawa o rybactwie. Jednakże ich zakazanie postawiłoby pod znakiem zapytania sportowy sens wędkowania. W wielu wypadkach wyłączyłoby bowiem możliwość łowienia okazów, pozostawiając ją tylko w stosunku do drobnicy, dającej się unieść na żyłce. Na świecie zresztą są one dozwolone. Wędkarz ambitny jednak będzie dążył do obchodzenia się bez nich, starając się na przykład chwytać rybę ręką; o ile, oczywiście, nie będzie się to kłóciło ze zdrowym rozsądkiem. Z zagadnień leżących na pograniczu norm pisanych warto się przyjrzeć zasadom postępowania ze złowionymi rybami. Przepisy ustawy o ochronie zwierząt nakazują postępować tak, aby zadawać im jak najmniej cierpień. Słowo obrazowe; ale czy trafne? Cierpienie to pewien stan świadomości, a nie istnieje żaden przekonujący dowód, że ryba ją posiada. Może więc należałoby mówić o stresach, które są wymiernym, uchwytnym sygnałem biologicznym. Wiadomo jednak, o co chodzi. Mniej jasno wynika natomiast z litery przepisu, na czym w szczegółach owo unikanie zadawania zbędnych cierpień (czy stresów) ma polegać. Nieliczne są nakazy szczegółowe, jak np. obowiązek natychmiastowego uśmiercenia ryby przeznaczonej do zabrania, a której nie można żywej przechować w warunkach dla niej odpowiednich (co jest np. w ogóle niemożliwe w przypadku łososiowatych i lipienia). Oprócz nich mamy same zalecenia nader nieostre. Na przykład rybę objętą ochroną (tzn. niewymiarową lub w okresie ochronnym) należy wpuścić do wody z należytą starannością. Na czym to ma polegać konkretnie tego przepis nie określa, bo i określić nie może. To musi sobie dopowiedzieć sam wędkarz, na podstawie znajomości biologii ryb. Dbałość o właściwą ich kondycję trzeba zresztą zacząć wcześniej, już decydując się na technikę łowienia. Sprzęt i metoda powinny zapewniać zahaczenie połączone z jak najmniejszym uszkodzeniem. Należy dążyć do tego, aby haczyk wbijał się tylko w pyszczek, najlepiej w samą wargę. Kłócą się z tym sposoby, w których trzeba odczekać, aż ryba połknie przynętę głęboko. Jak widać, dążenie do łowienia czynnego, sportowego, wynika nie tylko z osobistych ambicji. Nie należy przedłużać holowania ponad czas konieczny. Ma to zresztą także uzasadnienie techniczne: im dłużej trwa przeciąganie, tym większa szansa zerwania ryby. Ważne jednak przede wszystkim, że walka wyczerpuj ej ą najbardziej. Z jednej strony stres, z drugiej wysiłek fizyczny, połączony z wydzielaniem dużych ilości kwasu mlekowego, wybitnie zmniejszają jej szansę na ewentualne przeżycie. Potem kwestia chwycenia ? pewnego, lecz delikatnego. Duszenie na siłę prowadzi do uszkodzenia narządów wewnętrznych. Tarzanie po ziemi powoduje starcie ochronnej warstwy śluzu. Pozbawiona jej ryba ulega potem w wodzie zakażeniom. Nie tylko sama choruje, lecz także zagraża innym. Tak więc większą sztukę na czas wyhaczania najlepiej trzymać przez mokrą, miękką tkaninę lub bezwęzłową siatkę podbieraka, a jeśli ręką to zwilżoną. Jeśli haczyk uwiązł głębiej, koniecznie trzeba używać odpowiednich, nieostrych wypychaczy najlepiej z prowadnicą żyłki. Drapieżnikom trzeba przy tym rozwierać szczęki. Końcówki rozwieracza także nie mogą kaleczyć; w razie potrzeby trzeba je zaopatrzyć w nakładki korkowe lub podobne. Jeśli mamy zamiar zdobycz sfotografować, to na czas nastawienia aparatu niech wróci ona do wody (w siatce, rzecz jasna). Wyjmiemy ją na sam tylko czas pstryknięcia. Samo zwrócenie wolności nie może polegać na ciśnięciu szerokim łukiem, aż nieszczęsna plaśnie o powierzchnię. To może czasem dopełnić miary, której się nie przebrało podczas zacinania, holowania, odhaczania. Do wody trzeba rybę włożyć ostrożnie; jeśli coś większego to oburącz lub zgoła w noszach z tkaniny. Przez krótki czas lekko ją przytrzymać, aż wyjdzie z oszołomienia i odpłynie sama. Do takiego postępowania szczególną wagę przywiązują Anglicy. Jeśli nawet czasami popadają w przesadę, to zasługuje ona tylko na szacunek. Praktyka wypuszczania do wody wszystkich złowionych ryb zawiera jednak pułapkę etyczną. Zabranie zdobyczy przecież dostarcza pewnego uzasadnienia rzeczowego: oto wyciąga się ją z wody aby zjeść, czyli zaspokoić jedną z podstawowych potrzeb życiowych człowieka. Jeśli natomiast zwraca się ją do wody, to oznacza, iż na nieuniknione stresy naraża się ją tylko dla swej przyjemności. W etyce rozumianej rygorystycznie, mieści się to nienajlepiej. Ale tego rodzaju rozterek przysparza wędkarstwo jako takie (i nie tylko ono). Mimo wszystko zatem godniejsza zalecenia wydaje się praktyka zachowywania złowionych ryb przy życiu. Nie całkiem oczywiste subtelności etyczne powinny ustąpić jawnym korzyściom przyrodniczym. Właśnie praktyce zwracania zdobyczy Anglicy zawdzięczają w znacznym stopniu wspaniałą rybność swoich wód ? narażonych przecież na zakłócenia cywilizacyjne nie mniej niż nasze. Podobnych rozterek dostarcza dylemat: czy należy dążyć do łowienia finezyjnego, delikatnego, czy przeciwnie do solidnego, ciężkiego. Pierwsze ma charakter bardziej sportowy, mniej jest nastawione na mięso. Ono więc lepiej odpowiada intencji, z jaką państwo nadaje wędkarzom uprawnienia rybołowcze. O ile, ma się rozumieć, nie polega na mnożeniu ofiar, pływających z uwięźniętymi w wargach czy przełykach haczykami, zerwanymi wskutek nieumiejętnego posługiwania się delikatnym sprzętem. To wszystko tylko pozornie zakrawa na dzielenie włosa na czworo. W niektórych punktach naruszenie tych niepisanych zasad (np. obchodzenia się z rybami) może doprowadzić do konfliktu z prawem. No i te przykłady obrazują wielość czynników, jakie muszą wyróżniać wędkarza we współczesnym rozumieniu tego słowa. Czysto językowo oznacza ono kogoś łowiącego na wędkę. Rozumienie szersze nakazuje odróżniać go od rybaka czy kogoś innego uprawiającego rybołówstwo gospodarcze. W pełnym jednak znaczeniu wędkarz to ktoś, kto ?pozbywszy się psychicznego obciążenia związanego z przeliczaniem nakładów na koszt uzyskania kilograma mięsa ? czerpie przyjemność z samego zajęcia. Konieczne ograniczenia nie tylko przyjmuje, ale niektóre wręcz włącza między wartości dodatnie. Satysfakcji więc dostarcza mu nie tylko to, że rybę złowił (ona zawsze pozostanie najważniejsza), ale i świadomość, że dokonał tego wbrew tylu przeciwnościom.

Pogoda

Wtorek, 07 września 2010

Pochmurno

Temperatura:
od 11 °C do 17 °C

Kierunek wiatru: wschodni

Szybkość wiatru:
14.4 km/h

Czynnik chłodzący: 13.82°C

Wschód: 06:02
Zachód słońca: 19:17

Nawigacja

Logowanie

Użytkownicy online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 1 gość.